Reklama

Reklama

Ciężkie powietrze

Postęp cywilizacyjny ma różne oblicza: Z jednej strony podnosi jakość i komfort życia, z drugiej ― generuje sporo zagrożeń, prawie lub całkowicie nieznanych naszym przodkom. Z presji, wiecznego pośpiechu, samotności w tłumie wyrastają: stres, depresja, wypalenie. Stajemy się nerwowi, nadpobudliwi, a to przekłada się na funkcjonowanie organizmu, który traci swoją naturalną odporność, słabnie i szybciej się starzeje. Jak wyrwać się z tego zaklętego kręgu? Fragment pochodzi z książki "Nerwy w las", autorstwa Katarzyny Simonienko.

Dr Kowalski, lekarz rodzinny, usiadł wygodniej w fotelu. Naprzeciwko niego młoda, zadbana kobieta westchnęła i podjęła przerwany wątek.

— Nie wiem, panie doktorze, skąd to się bierze. Bardzo boli mnie głowa i czasem brakuje mi tchu, coś ciśnie w klatce, chociaż jak pan mówi, wyniki mam dobre. Zwykle taki napad przychodzi znikąd i nie wiem, kiedy się go spodziewać. Do tej pory radziłam sobie dobrze, chociaż zawsze się przejmowałam, czy wystarczająco. Studia ukończyłam z wyróżnieniem, dostałam dobrą posadę, szybko awansowałam. Od jakiegoś czasu jednak mam wrażenie, że muszę robić jeszcze więcej, szybciej, że wszystko w pracy mnie przerasta, trzęsą mi się ręce. Czasem zamartwiam się i zupełnie nie wiem czym. Budzę się w nocy i brakuje mi tchu, powietrze jest takie ciężkie...

Reklama

Marek oparł się o ramę okna i wyjrzał na ulicę. Jedenaście pięter pod nim sznur samochodów sunął nieprzerwanie ulicami zalanej deszczem Warszawy. Piętnasta. Jeszcze trzy godziny w korporacji i będzie można wracać do domu. Chociaż pewnie zostaną papiery do ogarnięcia na wczoraj i jeszcze w ostatniej chwili szef zleci jakąś prezentację. Przetarł ręką czoło i nagle poczuł znajomy ucisk w gardle. 

Nieprzyjemna kula utrudniała przełknięcie śliny, nie mówiąc już o zjedzeniu czegoś konkretnego. Dzisiaj wypił tylko kawę. Spociły mu się ręce i mimowolnie zaczął myśleć o wieczornym drinku. Powietrze w sali zrobiło się nieznośnie ciężkie. Marek spojrzał na laptopa, na którym wyświetlała się ikona pięciu nowych wiadomości. Czas wracać do pracy. Kiedyś rzuci to wszystko i wyjedzie. Gdzie? Może na Mazury, skąd pochodzi. Może gdzieś w góry. Kiedyś. Na razie był w niedoczasie i należało się skupić.

***

Takie historie słyszę często. Od swoich przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Słyszę je, przyjmując pacjentów z zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi, rozmawiając z koleżankami koleżanek i ich mężami, u których w pracy zaczęło być za szybko, za dużo i nagle inne dziedziny życia też zaczęły szwankować. Kłótnie w rodzinie, problemy w związku, brak snu, utrata zainteresowań. Niska samoocena, presja i mordercze tempo. Wczasy coraz rzadziej, urlopy coraz krótsze, pogoń za klientem, za konkurencją, za terminami. Brak sensu. Apatia.

Właściwie tak było do niedawna. Teraz dołączył stres związany z pandemią COVID-19. Troska o siebie i bliskich. Problemy ze znalezieniem pracy. Zdalna edukacja, zdalna praca, wszyscy w domu na jednej powierzchni, napięci jak struny. Nie ma jak wyjechać na wczasy za granicę czy do krajowego kurortu. Pozamykane kina, galerie, siłownie, baseny. Jak o siebie zadbać? Gdzie szukać ratunku? Legalnie, ale i jakoś efektywnie?

Żyjemy pod ogromną presją. Mam wrażenie, że z roku na rok coraz większą. Statystyki wskazują, że najwięcej zaburzeń lękowych (średnio 6,4 proc. populacji ogólnej) występuje w Ameryce Północnej oraz Europie Zachodniej. Najczęściej pojawiają się w krajach wysoko rozwiniętych pod względem cywilizacyjnym. Tam, gdzie życie toczy się najszybciej, jesteśmy odcięci od natury, żyjemy w betonowych labiryntach i szklanych budynkach, nasze naturalne mechanizmy obronne uległy znacznemu osłabieniu. 

Zachorowanie na zaburzenia lękowe i depresyjne jest warunkowane przez różne czynniki. Geny i wrodzone cechy, jak płeć żeńska czy rasa biała, oczywiście odgrywają tu ważną rolę, jednak równie istotne jest środowisko, w jakim żyjemy. Wśród najbardziej rozpowszechnionych czynników ryzyka wymienić można niską samoocenę, wcześniejsze trudne doświadczenia oraz nieprawidłowe relacje rodzinne. 

Zgodnie z całościowym pojmowaniem zdrowia psychicznego, jakie reprezentuje ekopsychiatria, liczą się nie tylko biologiczne uwarunkowania jednostki, ale też relacje, jakie tworzymy. Z innymi osobami i ze środowiskiem. Nasze otoczenie oraz warunki społeczne kształtują świat, w jakim żyjemy. Jeśli są zaburzone, pojawia się bieda, bezrobocie, zanieczyszczenie środowiska, tłok i hałas. Są to niekwestionowane stresory, wpływające negatywnie na nasze zdrowie psychiczne. 

Do najczęściej występujących zaburzeń lękowych należy fobia społeczna, zespół lęku uogólnionego, kiedy zamartwiamy się bez istotnego powodu w sposób ciągły, mamy gorszy apetyt, słabiej śpimy. Napady paniki, czasem tak silne, że wydaje nam się, że za chwilę postradamy zmysły bądź umrzemy. Wszelkiego rodzaju zaburzenia somatyzacyjne, kiedy to nasze ciało daje nam znać, że z emocjami dzieje się coś niedobrego — pojawiają się bóle głowy, pleców, uczucie duszności, ucisku w klatce piersiowej i inne niespecyficzne dolegliwości.

Od wieków znane jest leczenie uzdrowiskowe różnych chorób — od problemów z drogami oddechowymi, przez dermatologiczne, aż po nerwowe. Wszystkie one w jakiś sposób wiążą się z funkcjonowaniem układu odpornościowego. Kiedy mamy do czynienia z chorobami z autoagresji, nasza immunologia jest "zbyt pobudzona", reaguje obronnie nawet na te czynniki, które nie powinny budzić niepokoju. Organizm zwalcza własne komórki. Bywa też nadaktywny, jeśli chodzi o kontakt z czynnikami teoretycznie neutralnymi. Tak się dzieje w przypadku alergii. Coś, co samo w sobie nie jest szkodliwe, zostaje odczytane jako element, na który należy zareagować obronnie — katarem, kaszlem, złuszczeniem skóry itd. Co ciekawe, zarówno choroby z autoagresji, jak i uczuleniowe zaostrzają się wtedy, kiedy jesteśmy w stresie. Większości z nich nie sprzyja również środowisko miejskie — suche powietrze, ułatwiające dostawanie się patogenów do dróg oddechowych i zaostrzanie zapaleń skóry. 

Immunologia jest więc w ścisły sposób związana z funkcjonowaniem układu nerwowego. Im mniej stresów nas dotyka, tym lepiej funkcjonuje nasza odporność, nie będąc ani zbyt słabą, ani zbyt silną, co również jest szkodliwe, bo organizm zaczyna atakować sam siebie. Dlatego do sanatoriów jeździmy zwykle na łono natury — nad morze, w góry, do otuliny puszczańskiej. Tam poprawia się nasz stan fizyczny i psychiczny, całościowo dochodzimy do siebie. Uciekamy ze środowisk, które sami sobie wytworzyliśmy — labiryntów betonowych ulic, szklanych ścian i stalowych powierzchni. Naszym codziennym krajobrazem dźwiękowym stał się szum samochodów, odgłosy wydawane przez pociągi, samoloty, telefony komórkowe, stukot klawiszy laptopów. A wystarczy sobie przypomnieć: skąd wyszliśmy?

Każdy gatunek ma swoje naturalne środowisko występowania. Kiedy myślimy o rybach, widzimy morskie fale, kiedy przyjdą nam do głowy żyrafy, w tle jest sawanna, gdzieniegdzie słonie czy gazele, z którymi one współwystępują. Panda żyje w lasach bambusowych. Czaple na rozlewiskach. Wszystkie one na drodze ewolucji wytworzyły mnóstwo mechanizmów, które przystosowywały je i umożliwiały im życie tam właśnie, gdzie ich miejsce. 

Możliwość długiego wstrzymywania oddechu pod wodą u foki, długie szyje żyraf do zdobywania pożywienia i szerokiego pola widzenia, wąskie dzioby kolibrów pasujące do kwiatów, których nektarem się żywią. Glony w futrze leniwca, ułatwiające mu maskowanie i wzbogacające dietę. No i jeszcze ćma, która mieszka w jego sierści i w pośredni sposób poprawia warunki życia glonom. Złożone ekosystemy, mechanizmy przystosowawcze. A człowiek.... No właśnie, czy my też mamy jakieś naturalne środowisko występowania? Zanim zbudowaliśmy... to wszystko? 

Mieliśmy. Musieliśmy mieć, w końcu skądś się wywodzimy. Na początku była to sawanna, stąd też nasz dwunożny styl poruszania się. Podobnie jak żyrafa rozglądaliśmy się po równinach, unosząc głowę wysoko i przepatrując trawy w poszukiwaniu niebezpieczeństw i pożywienia. Potem jednak wyruszyliśmy na północ, do lasów. Od neolitu do jeszcze całkiem niedawna las stanowił nasze naturalne środowisko życia. Początkowo zajmowaliśmy się zbieractwem i łowiectwem. Łatwo przyjrzeć się naszym przystosowaniom w tym zakresie. Kły, typowe dla drapieżników, również u nas, mięsożerców, są wyraźnie zarysowane. 

Mocne nogi do biegania i zdolność do wchodzenia w symbiozę z bardzo wieloma organizmami. Tymi, które zamieszkują naszą skórę oraz jelita. Pomagają trawić produkty roślinne i zwierzęce, wspomagając odporność. Mowa o fizjologicznej florze bakteryjnej. Również nasze zmysły odbierają na poziomie podświadomym szereg informacji potrzebnych do tego, aby prawidłowo działały instynkty. Widok czystej wody oraz jej dźwięk wysyła sygnał: tu nie umrzesz z pragnienia, prawdopodobnie znajdziesz pożywienie. Leśne otoczenie sygnalizuje: możesz się odprężyć, masz gdzie zbudować schronienie, wdrapać się, rozpalić ogień, odpocząć. Schylamy się, zbierając grzyby i jadalne rośliny. Wraz z nimi do naszego przewodu pokarmowego przedostają się kolejne bakterie, które... stymulują mózg do produkcji serotoniny. Stajemy się szczęśliwsi i bardziej odprężeni! Jednocześnie inne sprawiają, że nasz układ odpornościowy uczy się, "kto wróg, a kto przyjaciel" i że nie warto na każdy mikroorganizm reagować od razu gorączką czy katarem. W ten sposób buduje się nasza odporność. 

Tak dzieje się w naturze. Gdybyśmy podłączyli sobie podczas takiej leśnej wyprawy aparat elektroencefalograficzny, zaobserwowalibyśmy, że na zapisie wyraźniej zarysowują się zarówno fale alfa, jak i beta. Świadczy to o tym, że chociaż wzrasta nasza koncentracja, to jednocześnie rośnie odprężenie. Absorbujące procesy poznawcze nie męczą nas tak, jak w biurze. W lesie jesteśmy skupieni, ale jednocześnie wypoczęci. Tymczasem wracamy do świata, który postanowiliśmy sobie zaproponować zamiast zielonej głuszy. Bardziej schludnego, uporządkowanego i cywilizowanego. W końcu jesteśmy najważniejszym, jak nam się wydaje, gatunkiem, należy się nam więc specjalne traktowanie. I sami wiemy lepiej, jakie ono ma być. Żadna natura nie będzie nam nic dyktować, bo co ona tam wie.

Mamy jałowe pod względem mikrobiologicznym, czasem sterylne wręcz, niewielkie pomieszczenia, w których możemy głównie siedzieć. Bo po co mamy się męczyć fizycznie? Przed laptopem i telefonem. Za biurkiem. Poruszamy się w tłumie na niewielkich powierzchniach. Co nam to przypomina? Moje pierwsze skojarzenie — zoo. Miejsce, w którym zwierzę ma swój wybieg, czasem nawet pawilon, trochę przypominający jego środowisko, ale nadal pozostający klatką. Druga myśl — laboratoria, gdzie trzyma się zwierzęta wyrwane z ich naturalnych środowisk w celach doświadczalnych. Nie mają się gdzie poruszać, nie wchodzą w żadne symbiozy, jedzą pokarm sztucznie przygotowany przez zajmujących się tym ludzi.



Co się dzieje ze zwierzętami w laboratoriach i ogrodach zoologicznych? Automatycznie wzrasta poziom stresu. Po pierwsze ze względu na ograniczoną powierzchnię życiową, małą ilość ruchu, duże zagęszczenie oraz nienaturalne bodźce — intensywne światło, obce zapachy, hałas, dźwięki wydawane przez maszyny. Do tego ewolucja jeszcze nie przystosowała nikogo, z nami samymi włącznie. Zwierzęta w zoo, z uwagi na poziom stresu i oderwanie od naturalnych środowisk, bardzo często mają problemy z wydawaniem na świat potomstwa. Problem ten coraz częściej dotyczy też ludzi. Odpowiada za to głównie styl życia — stres, pogoń za karierą, wskutek czego odkłada się decyzje o posiadaniu potomstwa na coraz później, nałogi, antybiotyki — ale także dysfunkcje odpornościowe i związana z nimi tzw. niepłodność immunologiczna. 

Zwierzęta w ogrodach zoologicznych dużo częściej chorują. Zarówno u nich, jak i u zwierząt laboratoryjnych obserwuje się zachowania związane z agresją i autoagresją — wyskubywanie sobie futra, samookaleczenia, tiki, krążenie wkoło po zamkniętej przestrzeni, niepokój ruchowy i brak możliwości rozładowania napięcia. My wprawdzie uciekamy do innej klatki ze specjalnym sprzętem do tego celu — nazwaliśmy ją siłownią lub klubem fitness — nadal jednak, oprócz możliwości angażowania mięśni w wysiłek, zmienia się niewiele, bodźce środowiskowe pozostają te same. A leniwiec? Leniwiec w zoo traci glony. Jego futro z zielonkawego staje się szare. Nie ma w nim motyli, które żyły sobie w zgodzie w jego sierści w otoczeniu deszczowych lasów. Dieta leniwca staje się więc uboższa. Zwierzę słabnie i zaczyna chorować. Nie ono jedno.

Przyjrzyjmy się zatem, co zafundowaliśmy sobie w okresie ostatniego pokolenia. I co równolegle zrobiliśmy światu. Warunki, w jakich żyjemy, stały się dla nas nieoptymalne, dalekie od tego, do czego przystosowała nas ewolucja. Z drugiej strony całe środowisko naturalne ulega stopniowej przebudowie i jeśli pewnego dnia zdecydujemy się na powrót do niego, może się okazać, że nie mamy już dokąd wracać. Procesy destrukcyjne toczą się więc równolegle — dotyczą naszych mikrośrodowisk oraz planety w ogóle. To ostatni moment, żeby gwałtownie zahamować i zacząć żyć w zgodzie z naturą. Zanim będzie za późno.

Fragment pochodzi z książki "Nerwy w las", autorstwa Katarzyny Simonienko. Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

***
Zobacz więcej!



 

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje