Reklama

Reklama

Ikona himalaizmu i jej tragiczny los. 30. rocznica śmierci Wandy Rutkiewicz

- Jestem zdeterminowana i daje mi to poczucie wolności. Uwolniona od wszystkiego, co nie jest górą i mną, wolna od strachu i obaw – bo nie mam już wyboru – mówiła słynna himalaistka Wanda Rutkiewicz. 13 maja przypada 30. rocznica śmierci pierwszej Polki i 3. kobiety na świecie, która zdobyła Mount Everest.

  • Wanda Rutkiewicz. Jedna z najwybitniejszych alpinistek na świecie. Polka, która była prekursorką kobiecego himalaizmu,
  • 16 października 1978 roku zdobyła Mount Everest jako 3. kobieta na świecie i pierwsza Europejka,
  • Wyprawa na Kanczendzongę liczącą 8598 m n.p.m. była jej ostatnią.  Śmierć himalaistki do dziś jest owiana tajemnicą.

Zobacz również: Jedno z najbardziej niebezpiecznych kąpielisk świata. Studnia Jakuba zachwyca i przeraża

Reklama

Rutkiewicz: "Zginę w górach"

Konsekwentna, nieustępliwa, zdeterminowana w dążeniu do celu. Dla niej nie było rzeczy niemożliwych. Jak głosi pewna anegdota, jeden z tragarzy uczestniczący z Rutkiewicz w ekspedycji tak się w niej zakochał, że chciał oddać za nią całe stado baranów. A była to pokaźna fortuna. Jednak pod koniec wyprawy zmienił zdanie i stwierdził, że nie oddałby za Rutkiewicz ani jednego z nich. Ta historia chyba najlepiej opisuje kobietę, która stanęła na dachu świata.

- Zginę w górach - mawiała Rutkiewicz. Tak też się stało - według sądowych dokumentów zmarła 13 maja 1992 roku. Dzień wcześniej zaginęła na górze Kanczendzonga w Himalajach. Wiadomość o jej śmierci dotarła do Polski 29 maja.

Zobacz również: Dark tourism, mroczna turystyka. Być blisko czyjegoś nieszczęścia

Kobieta, która zdobyła dach świata

Rutkiewicz urodziła się 4 lutego 1943 roku. Była córką inżyniera Zbigniewa Błaszkiewicza i Marii z Pietkunów. Po II wojnie światowej z rodzicami i starszym bratem Jerzym jako repatriantka przyjechała do Łańcuta, gdzie mieszkali jej dziadkowie, a następnie do Wrocławia. Jej przygoda ze wspinaniem zaczęła się w Rudawach Janowickich, na skałkach koło Janowic Wielkich. Później przyszedł czas na Tatry, a po nich na Alpy, Pamir, Hindukusz i Himalaje.

Wanda Rutkiewicz zdobyła w sumie 8 z 14 ośmiotysięczników. Wśród nich również ten uważany za najbardziej niebezpieczny - K2. Na jego szczycie - jako pierwsza kobieta - stanęła 23 czerwca 1986 roku.

- Najbardziej drażni ludzi to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne, nikomu niepotrzebne. Ale może to jest potrzebne tym, którzy to robią! Może oni po prostu potrzebują tego, żeby żyć - powiedziała Rutkiewicz. Cytat znalazł się w książce Anny Kamińskiej "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" (Wydawnictwo Literackie 2017).

Z kolei w swojej książce "Na jednej linie" wybitna himalaistka przyznała: - Jestem zdeterminowana i daje mi to poczucie wolności. Uwolniona od wszystkiego, co nie jest Górą i mną, wolna od strachu i obaw - bo nie mam już wyboru.

Datę zdobycia Mount Everest uznała za symboliczną. Zdobyła go 16 października 1978 roku jako 3. kobieta na świecie i pierwsza Europejka. Tego samego dnia na papieża został wybrany kard. Karol Wojtyła. 

- Na szczycie Everestu cieszyłam się, że jestem pierwsza z Polski. Ale słowa papieża utkwiły mi bardzo głęboko. Powiedział: "dobry Bóg tak chciał, że tego samego dnia weszliśmy oboje tak wysoko. Oboje po raz pierwszy z Polski - wspominała Rutkiewicz.

Zobacz również: Tajemnica grobu kapłańskiego na cmentarzu Bródnowskim

Śmierć owiana tajemnicą

Wyprawa na Kanczendzongę (8598 m n.p.m.)  - szczyt położony we wschodniej części Himalajów, na granicy Indii i Nepalu -  była jej ostatnią. Śmierć Rutkiewicz do dziś jest owiana tajemnicą - nikt nie wie, jak zginęła, nikt nie odnalazł jej ciała.

Wokół jej tajemniczej śmierci narosło wiele legend. Ponoć kiedyś polscy turyści mieli ją znaleźć w jednym tybetańskich klasztorów. Na Kanczendzondze miała pozostawić ekwipunek, by sama mogła dotrzeć do mitycznej Szmbali. Kolejna z historii mówiła już jednak o tym, że Rutkiewicz popełniła samobójstwo.

Zobacz również: Oto prawdziwa twarz Matki Teresy z Kalkuty? Pokazano kontrowersyjny film

Wielka samotność Wandy

Rutkiewicz wychodziła za mąż dwukrotnie. W 1970 roku jej mężem został taternik Wojciech Rutkiewicz. Rozwiodła się z nim jednak 3 lata później. Drugim mężem został Helmut Scharfetter, austriacki alpinista i lekarz. Jednak i to małżeństwo nie przetrwało.

W drodze na górskie szczyty, los nie szczędził Rutkiewicz trudnych momentów. Jednym z najtragiczniejszych zdarzeń w jej życiu była śmierć bliskiego jej sercu uczestnika wysokogórskich wypraw, Kurta Lyncke. Wspinał się kilkanaście metrów niżej od Wandy, odpadł od ściany Broad Peaku i spadł w 400-metrową przepaść. Nie potrafiła się otrząsnąć po tej tragedii.

- Wtedy zaczęła się wielka samotność Wandy. Kurt zginął na jej oczach i wtedy zaczęła się wspinać praktycznie sama - mówiła na antenie Polskiego Radia Ewa Matuszewska, autorka książek o polskiej himalaistce.

Po śmierci Kurta w 1991 roku sama weszła na górę Czo Oju liczącą 8201 m n.p.m. i południową ścianę Annapurny mającą 8091 m n.p.m. W 1992 roku planowała wejście na wspomnianą już Kanczendzongę. Na tę wyprawę pojechała z młodszym partnerem wspinaczkowym Arkiem Gąsienicą-Józkowym.

Zobacz również: "Tutaj kobiet nie zatrudniamy!". Szokujący raport o dyskryminacji

Kanczendzonga - co tam się stało?

Ostatni rozdział swojego życia Rutkiewicz pisała, wspinając się na szczyt Kanczendzongi. Ostatnią osobą, która widziała polską himalaistkę, był meksykanin Carlos Carsolio, który również brał udział w ekspedycji. 12 maja 1992 roku wspólnie zaczęli ostatni etap zdobywania góry, której nazwa w języku tybetańskim oznacza Pięć Skarbów pod Wielkim Śniegiem.

Mężczyzna zdobył szczyt tego samego dnia. Rutkiewicz miała problemy ze zdrowiem i wspinała się wolniej. Problemy sprawiły, że musiała biwakować w tzw. strefie śmierci. Na tej wysokości organizm jest wyniszczany, a centralny układ nerwowy przestaje właściwie funkcjonować. Czy Rutkiewicz miała świadomość, że decydując się na atak szczytowy bez zapasów jedzenia i śpiwora, ryzykuje tak wiele? To jedno z tych pytań, na które odpowiedzi już nie poznamy.

- Zdecydowali się na szybki atak. Carlos po drodze minął Wandę w okolicach byłego obozu trzeciego, zaczynało brakować jedzenia. Carlos powiedział, że idzie sam do góry. Widzieliśmy przez lornetkę tylko 2 punkty, które się poruszały. Carlos zdobył szczyt. Wracając, spotkał Wandę, która szła do góry. Wiadomo było, że ona nie zrezygnuje. Ja wcale się Wandzie nie dziwię - Korona Himalajów była jej marzeniem - wspominał Arek Gąsienica-Józkowy w filmie dokumentalnym "W cieniu Everestu" z 1998 roku (reż. Anna T. Pietraszek).

Pożegnanie z Wandą Rutkiewicz

Carlos Carsolio zauważył Wandę w drodze powrotnej, gdy ta schodziła ze szczytu do obozu IV na wysokości ok. 8300 metrów. Siedziała w śnieżnej jamie.

- Odpoczywała. To było niepokojące, ponieważ w tak ekstremalnie zimną noc trzeba się ruszać, a nie leżeć. Zostałem z Wandą, dużo wtedy rozmawialiśmy. Nie powiedziałem jej jednak wprost, żeby nie kontynuowała wspinaczki. Nie miałem prawa tego robić, ponieważ szanowałem decyzję, którą sama podejmie. (...) Po tej nocy pożegnaliśmy się. Dla mnie to było wyjątkowo ciężkie pożegnanie, ponieważ wiedziałem, że Wanda będzie w niebezpieczeństwie niezależnie od decyzji, jaką podejmie. Wiedziałem też, że jeśli ja sam chcę przeżyć w tych ciężkich warunkach, to muszę rozpocząć zejście - mówił Carlos Carsolio w rozmowie z "Portalem Górskim".

Ikona himalaizmu

Wanda Rutkiewicz jest niekwestionowaną ikoną himalaizmu. Pomimo tragicznego zakończenia, jej legenda jest nadal żywa. A świat nadal zachwyca się Polką, która stanęła na szczycie najwyższej góry na Ziemi.

- Góry kształtują bardzo silną więź między wspinającymi się partnerami, uczą solidarności. Ale przy wyższym stopniu umiejętności występuje pewne zobojętnienie na los partnera i niebezpieczeństwo. Stajemy się trochę zadufani we własne siły i wierzymy, że każdy z tych dobrych da sobie radę. Niebezpieczeństwo chcemy pokonywać wspólnie, ale zostawiamy każdemu jakby pewną strefę indywidualną na przeżywanie go - pisała w swojej książce "Na jednej linie" Rutkiewicz.

***

Zobacz również: 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy