Siedem zabawnych historii z występów „Mazowsza”

Gdziekolwiek się pojawią, budzą sympatię do Polski. Objechali już cały glob. Występowali przed Stalinem w Moskwie i przed papieżem w Watykanie. Z tych podróży przywieźli masę wspomnień – i poruszających, i zabawnych.

Zespół powstał pod koniec 1948 r. To wtedy pod budynek dawnego sanatorium w podwarszawskim Karolinie zajechały wozy ze zdolnymi wiejskimi dziećmi, wyszukanymi w całym kraju przez Tadeusza Sygietyńskiego, kompozytora owładniętego miłością do naszego folkloru, i jego muzę - Mirę Zimińską. Niejeden wątpił w to, że z tej młodzieży uda się kiedykolwiek wychować artystów, ale to Sygietyńscy mieli rację i odnieśli sukces.

Reklama

Najpierw na mszę, potem do Moskwy

W pierwszą podróż zagraniczną młodziutkie "Mazowsze" wysłano do "bratniego" Związku Radzieckiego. W przeddzień wyjazdu zaplanowanego na 8 maja 1951 r. młodzież udała się... do kościoła, na mszę św., którą specjalnie zamówiła w intencji powodzenia trasy w "Sowietach". Działacze partyjni byli oburzeni, ale modlitwy zostały wysłuchane: wyjazd się udał.

Zamieszanie z Chruszczowem

Po latach, na ich kolejny koncert w moskiewskim Teatrze Bolszoj spóźnił się gość specjalnie zaproszony: Nikita Chruszczow, ówczesny szef radzieckiej partii i państwa. Traf chciał, że kiedy wchodził na widownię, młodzież śpiewała piosenkę o świniarzu z tekstem "i choć padało, choć było ślisko, to się przywlekło to świniorzysko". I znów tzw. czynniki partyjne dostrzegły w tym prowokację, a dyrektorka, Mira Zimińska-Sygietyńska, musiała im tłumaczyć, że to przypadek.

Tajniak w stroju ludowym

Na Zachód "Mazowszanie" pojechali dopiero w 1954 r., jako jedni z pierwszych artystów z tzw. demoludów. Była to podróż do Francji. Śpiewakom i tancerzom przydzielono w Polsce "do opieki" zgraję tajniaków, którzy mieli pilnować, żeby za dużo nie opowiadali o tym, co dzieje się w kraju, no i by nikt nie został na Zachodzie. Część tych partyjnych "opiekunów" ubierała się dla niepoznaki w kostiumy ludowe.

Walczyk z królową

Na pierwsze koncerty zespołu w Londynie przyszło kilkoro członków rodziny panującej. Niedługo potem 28-osobową delegację "Mazowszan" zaproszono na specjalny występ do prywatnej rezydencji, którą to "nieoczekiwanie" odwiedziła królowa-matka (chodzi o matkę obecnej monarchini, Elżbiety II). Rzecz jasna młodzież uprzedzono o tej wizycie, a nawet udzielono lekcji dworskiej etykiety, ale i tak została ona naruszona, ponieważ jeden z tancerzy poprosił królową do walczyka, a potem pocałował ją w rękę. Angielska prasa napisała, że po siarczystych tańcach zespołu na piętrze, na parterze zarysowały się sufity.

Kwiatki z piaskiem od wojaków

Pewnego razu, na terenie dawnej Czechosłowacji, zespół koncertował dla tzw. zielonego garnizonu (czyli jednostki wojska stacjonującej na odludziu). W trakcie występu artystom posypały się na głowy... kwiatki z piachem, i to tak dużo, że aż musieli przerwać i sprzątnąć scenę. Okazało się, że to żołnierze pełniący służbę w dziczy, którzy nie mieli żadnych szans dotrzeć do kwiaciarni, by kupić gościom bukiety, narwali dla nich tego, co było pod ręką, czyli polnych kwiatów razem z korzeniami...

Piosenka dla towarzysza Mao

Gdy "Mazowsze" przyjechało do Kantonu w Chinach, cumował tam polski statek. Marynarze przyszli na koncert i domagali się bisów, szczególnie po "Furmanie", którego brawurowo śpiewał Stanisław Jopek. Wołali "mało", prosząc, by nie kończył. Chińska publiczność zrozumiała, że krzyczą "Mao", a Jopek śpiewa o Mao Tse-Tungu. Wpadła w euforię i skandowała imię wodza, a Jopek musiał wielokrotnie wykonywać swój popisowy utwór.

Panna za wielbłąda

Pewien Jordańczyk zakochany w "Mazowszance" chciał ją wymienić z dyrekcją na wielbłąda.

Dorota Filipkowska
Korzystałam m.in. z książki "Moja druga miłość" Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje