Reklama

Reklama

La donna mobile!

W listopadzie powróciła z nową, bardzo orientalną płytą i wcale nie marzy, by był to najlepiej sprzedający się album. Ma trzy życzenia: nie zgnuśnieć, nie zwątpić i kochać z wzajemnością. O byciu liderem, graniu drugich skrzypiec i piosenkach "pod nóżkę" opowiada Kayah.

EksMagazyn: Ostatnio rozmawialiśmy dwa lata temu. Mówiłaś wówczas, że wpadłaś w bardziej "taneczny" nastrój i przymierzałaś się do wydania płyty w takim klimacie. W międzyczasie pojawiła się większa fascynacja?

Reklama

Kayah: - I tak, i nie. Bo to, że zrobiłam etniczną, nie znaczy, że nie jest to płyta do tańca. Jest bardzo energetyczna, pełna egzotycznych brzmień, które cudownie się sprawdzają obok orientalnych instrumentów. Zresztą: La donna mobile! (Kobieta zmienną jest - przyp. red.)

Nowy album to poniekąd ukłon w stronę fanów, którzy pokochali cię za płytę z Goranem Bregovicem?

- Nie. To ukłon w kierunku tych, którzy wciąż poszukują, lubią podróżować uchem po mapie.

Era muzyki pop już minęła?

- Sądząc po popularności niektórych stacji radiowych, miałka muzyka pop ma się świetnie. Ja natomiast niczego tam dla siebie nie znajduję. Przynajmniej w większości. Natomiast nie wiem, czy za chwilę nie będę miała apetytu na piosenki pod nóżkę (śmiech). Wsłuchuję się w swój wewnętrzny głos, a nie w listy przebojów.

Chciałbym "pogrzebać" trochę w twojej artystycznej przeszłości... Długo śpiewałaś w chórkach. Byłaś tłem dla innych artystów. Dziś jesteś jedną z najważniejszych kobiet w polskim przemyśle muzycznym. To długa droga, którą przebyłaś. Grałaś drugie skrzypce, teraz nadajesz ton muzyce - nie tylko swojej, ale też innych artystów.

- Wciąż uwielbiam śpiewać chórki, czasem robię to nawet anonimowo. Nie mam z tym problemu. To nie sport, gdzie trzeba na mecie być pierwszym. To radość ze współtworzenia z innymi. Stanie na pierwszej linii frontu ma także swoje cienie, pierwszy leci wprost na ciebie (śmiech). To ogromna odpowiedzialność. Nie każdy ma wystarczającą siłę. Uwielbiam poczucie stanowienia całości z resztą zespołu.

- Bycie liderem wcale nie było moim celem. Ale jako kompozytor i autor tekstów przyjęłam tę rolę naturalnie. Jestem pełna podziwu dla wielu artystów, mam szczęście współpracować z nimi jako wydawca w Kayaxie czy też obserwować ich na scenach. Z nikim się nie ścigam, zachwycają mnie talenty i osobowości. A co do drugich skrzypiec - tam też trzeba być mistrzem. W końcu aktorzy drugiego planu też dostają Oscary i nikt się nie gniewa.

Czego nauczyło cię śpiewanie w chórkach?

- Współpracy, słuchania innych, pokory. A obserwowanie liderów także tego, że to bardzo ciężki chleb. Lider niesie na swoich barkach całą resztę. To trudna rola. Tym bardziej, że artysta jest człowiekiem jak każdy inny i też miewa gorsze chwile, czego nie wolno mu pokazać, bo stojąc z przodu jest na widelcu.

Pamiętasz ten moment, kiedy pomyślałaś, że możesz już stanąć z przodu?

- Ponieważ muzyka zawsze była moją pasją, czułam się dobrze w każdym miejscu. To inni, jak Czesław Niemen czy Grzegorz Ciechowski, twierdzili, że już na mnie czas i gorąco mnie do tego zachęcali. Kiedy napisałam piosenki na płytę "Kamień", oczywiste było dla mnie, że to ja je zaśpiewam. Ale zdarzało mi się przecież pisać dla innych artystów i bardzo mi się to podobało. Miałam nawet moment znudzenia się moją barwą głosu i sposobem interpretacji, i przez chwilę chciałam zrealizować płytę złożoną z moich piosenek, lecz śpiewanych przez gości.

Twoja wytwórnia wydaje płyty młodych wykonawców. Dziś łatwiej czy trudniej jest się przebić nowemu artyście?

- Łatwiej jest zaistnieć, natomiast bardzo trudno jest być wiernym sobie. Presja jest ogromna. Teraz trzeba szokować, kombinować, zamiast zwyczajnie mieć coś do powiedzenia. Teraz liczą się liczby "lajków" i sprzedanych płyt. A czy najlepiej sprzedająca się płyta to najlepsza płyta? Co jest bardziej wartościowe: przebój czy świetna piosenka? Fascynujący artysta czy wszędzie rozpoznawalny celebryta?

Media bardzo interesują się twoim życiem prywatnym, ty z kolei bardzo je chronisz. Jak reagujesz na plotki?

- Już od dawna nie czytam ani kolorowych pism, ani komentarzy w internecie. I jestem wolnym człowiekiem. Mnie kłamstwo, trucizna i zazdrość zwyczajnie brzydzą. Jeśli jednak dotyka to moich bliskich, potrafię stanąć na placu boju. Niestety, nikt nie pamięta, że nie sprzedaję swojego życia, ale swoje płyty, na których i tak mocno się odkrywam. Scena jest moim biurem, fabryką, taśmociągiem, ladą sklepową. To zwyczajnie miejsce mojej pracy. Dlaczego nie wnikamy i nie oceniamy publicznie prywatnego życia pani, która nam sprzedaje świeże bułeczki? Jest taką kobietą, jak ja. Ma takie samo prawo do prywatności jak cała reszta. Ja to prawo szanuję.

W jednym ze starszych wywiadów przeczytałem: "Jestem naiwna, życzę ludziom dobrze".

- Przypuszczalnie albo coś przekręcono, albo był to niefortunny skrót myślowy. Ludziom życzę jak najlepiej, a być może moja naiwność polega na tym, że wierzę, że wszyscy tak mają...

Lubisz rozpamiętywać, grzebać w przeszłości? A może zawsze patrzysz do przodu, nigdy w tył?

- Rozpamiętuję, marzę o przyszłości, natomiast po lekturze Ekharta Tollego myślę, że potęga jest w teraźniejszości. To jedyne, co pewne - tu i teraz. Powinniśmy czerpać z tego silę.

Jesteś zodiakalnym Skorpionem. Czy przywiązujesz wagę do astrologii?

- Jeśli astrologią nazywamy bzdety w kolorowych pisemkach, to nie. Jeśli mówimy o kilku wykształconych astrologach, których znam, ich interpretacjach układów planet i trafnych spostrzeżeń, to myślę, że coś w tym jest. Zdecydowanie więcej niż się śniło filozofom (śmiech).

Kto jest dla ciebie autorytetem muzycznym?

- Zależy od chwili. Raz jest to Quince Jones, raz Możdżer, raz Wyrostek, a raz Avishai Cohen. Świat jest pełen fantastycznych ludzi, dodatkowo dotkniętych palcem bożym i chwała światu za to.

Patrząc na współczesną rzeczywistość, co najbardziej cię w niej boli?

- Tabloidyzacja życia, sztuki, duchowości. Płytkość i brak świadomości. Utrata cennych wartości, jak prawda, honor i etyka.

Często pojawiasz się w różnych zestawieniach, np. najbardziej wpływowych Polaków, najlepiej ubranych Polek. Czy to ma dla ciebie jakieś znaczenie?

- Jest to oczywiście miłe, ale nie jest dla mnie jakoś szczególnie istotne, nie śledzę tego.

A gdybyś miała przygotować taki ranking, powiedzmy: najbardziej fascynujące Polki...

- Może powinnam rzucać tu nazwiskami z pierwszych stron gazet, ale szczerze wyznam, że wokoło jest mnóstwo wspaniałych kobiet, które tam nigdy nie trafią. Chociaż zgrabnie wiążą koniec z końcem, prowadzą dom, jednocześnie realizując się zawodowo. Walczą ze stereotypami i typami spod ciemnej gwiazdy, których naście lat temu poślubiły z ogromnymi nadziejami. Rodzą w bólach kolejne dzieci i wychowują je na ludzi, między pieluchami, przyszywaniem guzików, pastowaniem podłóg. Dwoją się i troją, by sprostać presji wiecznej młodości i szczupłości, serwowanej bezlitośnie przez media - kultowi ciała i stereotypom wiekowym...

Ani jednego nazwiska nie wymienisz?

- No dobra, niech będzie! Bardzo podziwiam Justynę Kowalczyk.

Czujesz się szczęściarą?

- Owszem! Robię to, co lubię, i jeszcze mi za to płacą. Mam fajną rodzinę, która mnie wspiera, wspaniałego syna z genialnym poczuciem humoru. Mam dach nad głową. Mam przyjaciół, silny organizm, fajny związek partnerski, nie noszę kwefu ani karabinu, kajdan. Podróżuję, spotykam wyjątkowych ludzi. Czego więcej chcieć? Może tylko, żebyśmy byli lepsi dla siebie i częściej się do siebie uśmiechali.

Jakie jest twoje największe marzenie?

- Mieć otwarte serce i głowę, lojalnych i bezinteresownie życzliwych ludzi obok siebie. Nie zgnuśnieć, nie zwątpić i kochać z wzajemnością.

Rozmawiał: Łukasz Kędzior

Dowiedz się więcej na temat: Kayah

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje