Reklama

Reklama

Tak się bawią Polacy na wakacjach. Piloci wycieczek zdradzają szczegóły

Czy każdy Polak na wakacjach to stereotypowy "Janusz", a Polka typowa "Grażyna"? Czy wiecznie narzekamy, że za zimno, za gorąco, że ludzi za dużo? Czy podkradamy jedzenie na zapas z bufetów i nie wylewamy za kołnierz podczas wakacyjnych wojaży? A może dzięki otwarciu na świat nauczyliśmy się poznawać inności? Przeczytaj fragment książki "Polacy last minute", w której piloci wycieczek oraz rezydenci zdradzają kulisy swojej pracy.

W sandałach do skarpet, czyli "polaczkowanie"

Hanna Janicka, pilotka wycieczek, wykładowczyni:

Siatek z Biedronki widzi się na wycieczkach coraz mniej, to jest trochę przerysowane. Ale po ubiorze, po tych kolorowych czy pluszowych dresach, spódniczkach na gumkach, sandałach ze skarpetkami faktycznie można było Polaków rozpoznać. Dziś jest dużo lepiej, ale wciąż bez pudła rozpoznam polską grupę. Po detalach. Kiedyś, dawno temu, gdy nas jeszcze nie było na wiele rzeczy stać, moja koleżanka pilotka opowiedziała, jak w metrze w Paryżu zapytała o coś po francusku, a odpowiedziano jej po polsku. Zapytała, skąd wiadomo, że jest z Polski. "Widzę po butach" - usłyszała. Bo nasze buty były takie niemodne, modele sprzed kilku sezonów...

Reklama

Ania, pilotka wycieczek:

"Co ja mam teraz robić?" - pyta mnie przerażona turystka. "No... ma pani czas wolny". "To co ja mam robić w tym czasie wolnym, pani nie spędzi go z nami?". Mówię: "Nie, może pani pójść na kawę, do sklepu...". Przerażenie w oczach. Ludzie nie potrafią się ogarnąć. Niby chcą czasu wolnego, a jak go dostają, nie wiedzą, jak go zagospodarować. Niesamowite, są przerażeni, że pilot ich porzuci.

Magdalena Konik, pilotka wycieczek, specjalizująca się w wyjazdach do Gruzji:

Obserwuję u naszych grup dosyć dziwne podejście do czasu wolnego. Teraz coraz częściej ludzie nie wiedzą, co wtedy ze sobą zrobić. Jak mi na wycieczce ktoś mówił, że mam czas wolny, to obierałam pierwszy lepszy kierunek i niech się dzieje, co chce, byle wiedzieć, jak wrócić. A ci ludzie tak: "A gdzie pani idzie jeść? A co pani będzie robić? A będzie tu pani za 15 minut, bo my idziemy tylko do toalety i zaraz wrócimy!". Odpowiadam: "Macie czas wolny i ja też mam czas wolny". "No tak, ale my się tu zgubimy". Może to jest jakiś lęk, żeby nie poddać się temu nowemu miejscu, żeby przypadkiem nie poczuć tego miejsca, bo jesteśmy na wycieczce "od­do". Tu zobaczyliśmy, tam zobaczyliśmy, chodźmy, bo grupa się oddala.

Jędrzej, pilot i rezydent:

Polscy turyści są bardzo wszystkiego ciekawi. Jak już jadą, chcą jak najwięcej zobaczyć i jak najwięcej się dowiedzieć. Nie tylko o zabytkach czy historii, ale i o codziennym współczesnym życiu. Interesują nas sprawy bytowe, na przykład, ile się gdzieś zarabia. "Jak się tutaj żyje?" - to najczęstsze pytanie. Znajoma przewodniczka z Wrocławia kiedyś mi się zwierzyła: "Ludzie mnie ciągle pytają, jak się tu żyje. A ja im mówię: "Tutaj trawa jest bardziej zielona niż u nas". Bo co odpowiedzieć? Więcej zarabiają, to więcej wydają, na Malcie na przykład - wiem, bo przez jakiś czas byłem tam rezydentem.

Karolina Łyżwa, pilotka wycieczek:

Koleżanka mi opowiadała, że w Stanach była ze swoją grupą w hucie szkła. Zaraz za nimi szła grupa chińska. Przewodnik polskiej grupy mówi: "To jest najstarszy kawałek szkła wydmuchany w Stanach Zjednoczonych wtedy i wtedy". Pada szesnaście pytań - czy na pewno najstarszy, kto wydmuchał, kiedy dokładnie i tak dalej. Za nimi przetoczyła się chińska grupa i przewodnik to samo: "To jest najstarszy kawałek szkła w Stanach". OK. Pokiwali głowami, zrobili zdjęcia, poszli dalej. Polacy są bardzo dociekliwi. Ich pytania wynikają z kojarzenia faktów i autentycznej ciekawości. Bywają naprawdę mądre.

Monika Prylińska, przewodniczka po Krakowie:

Polacy chcą jak najwięcej wiedzy faktograficznej, nie wiem po co, ale tak jest. U żadnej innej nacji z czymś takim się nie spotkałam. Do Polaków trzeba mówić dużo i opowiadać wszystko dokładnie, ze szczegółami. Często inni się z nas z tego powodu śmieją. Włosi mają taki kawał o Polakach, że wchodzi Polak do restauracji i pyta, kiedy została zbudowana, w którym roku, kto ją zbudował, jaka jest historia tej restauracji. Jakby nie obchodziło go, co tam zje. Włocha z kolei obchodzi to, co będzie jadł.

Anna Laudańska, na stałe mieszka w Grecji, prowadzi swoją firmę organizującą śluby na Krecie, autorka książki: Chalepianka. Zapiski z Krety":

Grecy lubią polskich turystów. Bo my przyjdziemy, za bardzo nie nabałaganimy, pieniądze na które się umówiliśmy, zapłacimy, co mieliśmy zjeść - zjemy, nie ma żadnej specjalnej przepychanki, demolki nie robimy. Grecy znają Polaków jeszcze z okresu emigracji w czasach komunizmu. Mają do nas sentyment. Zniknęła nawet opinia, że Polacy piją, bo... wszyscy piją! My z kolei lubimy do Grecji jeździć, bo mamy tam taki swojski klimat. Za stosunkowo małe pieniądze możemy mieć namiastkę egzotyki z gwarancją pogody. Tylko ta nasza turystyka to jest jednak tania, nawet u ludzi, którzy mają pieniądze. Starają się wydać jak najmniej. Drażni mnie czasami, jak Polacy się targują. Nie słuchają logicznych argumentów, dlaczego na przykład coś kosztuje tyle i tyle. Ciągle mamy jakieś roszczenia. Mam na Krecie mieszkanie na wynajem dla turystów, niedawno gościła u mnie para z Polski. Codziennie odbierałam telefony z jakimiś pytaniami: "A czy ma pani ekspres do kawy?", "A czy może nam pani zmienić ręczniki?". No nie można oczekiwać w tak preferencyjnej cenie usługi jak w hotelu.

My jeszcze nie jeździmy po wspomnienia, raczej odhaczamy. Obserwuję, że turyści z innych krajów robią tak od wielu lat, że gdzieś jeżdżą regularnie, bo lubią, wracają w te same miejsca, po prostu, żeby sobie tam pobyć. A nas bardziej interesuje, żeby pojechać, żeby się pochwalić, że tu byłem, tam byłem. To pewnie kwestia ogólnej zamożności społeczeństwa.

Ale z drugiej strony od wielu lat mam wrażenie, że już nie latamy tylko do takich wielkich hoteli, tych kolosów masowych, bo pojawiło się coraz więcej tanich opcji, które możemy sobie sami zorganizować. Możemy sobie w tani sposób coraz lepiej poradzić, nawet jeśli nie znamy języka obcego. Zaczyna się od tanich linii lotniczych, wynajmu mieszkań o różnych standardach. Ludzie sami wypożyczają samochody na miejscu. Polacy stali się trochę bardziej niezależni. Fajne jest to, że jesteśmy mobilnym narodem i mamy chęć poznawania.

Karolina Łyżwa, pilotka wycieczek:

Problem "polaczkowania", jak to nazywam, zaczyna się już na etapie tworzenia programu przez biuro. Ma być tanio, dużo i szybko. Turyści mają dwadzieścia minut na śniadanie - jasne, że nie będą w stanie się najeść, tym bardziej że następny posiłek jest wieczorem, po całym dniu zwiedzania. No to pakują jedzenie na wynos... Działają jak w warunkach nadzwyczajnych. Szybko, szybko, nie ma czasu na nic, kto zaradniejszy, ten wygrywa. A jeśli program jest spokojny, wiesz na przykład, że za cztery godziny będzie lunch, a później normalna kolacja, to wszystko jest bardziej cywilizowane. No ale to jest oferta droższa. Widzę, że coraz więcej Polaków na to stać, że coraz częściej takiej oferty szukają. Kiedyś pojechałam w kwietniu z dwiema koleżankami na sprawdzenie programu w Rumunii. Program był już w katalogu, częściowo sprzedany. Pierwsza grupa miała jechać na majówkę. Wyobraź sobie, że my, same pilotki, jadąc samochodem osobowym, nie byłyśmy w stanie zrealizować tego programu! Nie wyrobiłyśmy się! A jedna z nas za dwa tygodnie jechała z 40­osobową grupą na taki wyjazd! To jest wielki problem, bo sama przerwa na toaletę przy tak dużej grupie zajmuje 45 minut... Moim zdaniem, jeśli się kreuje taki produkt, to nie ma się co dziwić, że będą na nim tacy ludzie, którzy zabierają jedzenie ze stołówek, którzy nie pamiętają, gdzie byli wczoraj, którzy nie mają czasu na żadną refleksję po drodze.

Hanna Janicka, pilotka wycieczek, wykładowczyni:

Programy polskich touroperatorów są napchane na maksa, naładowane, żeby zobaczyć jak najwięcej. Czy się da, czy się nie da - nieważne. Im więcej, tym lepiej. Żeby się nazywało, że byliśmy. I nieważne, czy się pada na twarz, ważne, że byłem, widziałem! Taki pośpiech i takie napięcie programowe powoduje także napięcie w grupie. Bo przecież nawet na objazdówce turysta powinien się zrelaksować i odpocząć. To się zresztą odbija na pilotach, bo kiedy organizator popełni jakiś błąd, coś źle zaplanuje, źle wyliczy trasę, kiedy zwiedzanie okazuje się niewykonalne, wszyscy mają pretensje do pilota. Pilot co prawda ma możliwość przesunięcia pewnych punktów programu. Zawsze jest opcja coś za coś, jakaś rekompensata. Ale zawsze też pojawiają się turyści z ołówkiem w ręku, którzy odhaczają, co było, czego nie było, i jak tylko coś się przesunie, mówią: "A dlaczego jest inaczej?! Przecież tu było napisane, że teraz ma być coś tam". Szukanie dziury w całym, odkreślanie, czy aby cały program zrealizowano.

Wakacje Polaków wczoraj i dziś

W dobie rozwoju Internetu coraz więcej osób organizuje sobie wyjazd we własnym zakresie. Zmienia się forma podróżowania, stajemy się coraz bardziej wyedukowani, mamy inne oczekiwania. Chcemy jechać już nie tylko do Egiptu, ale gdzieś dalej... Kiedyś wyjazdy były dostępne dla bogatych, dla elit. Teraz są dla każdego. (...)

Piotr Harton, wieloletni pilot wycieczek po całym świecie, organizator wyjazdów:

Nie zapomnę wyprawy z 1997 roku. Pojechaliśmy z klientami do Wenezueli. Szliśmy przez 10 dni przez dżunglę. Naprawdę to było 21 lat temu, a ja to pamiętam - prawie każdy krok, każdy dzień pamiętam, ten trud. Szliśmy za wolno i zabrakło nam jedzenia. Było już bardzo źle i wieczorem mówię: "Słuchajcie, mam jeszcze jedną zupkę yum yum. Dzisiaj jemy zupkę yum yum na czterech". Wyjmuję tę zupkę, kumpel ją bierze, ja gotuję wodę i patrzę na obrazek, który był na opakowaniu, kumpel rzucił: "I tak, k....., wyglądają wakacje!". Wszyscy się zaśmiali. Na tym obrazku były dwie dziewczyny, ognisko i pan grający na gitarze. My tam brudni, zmęczeni, ale podołaliśmy wszyscy! I to było piękne! To są podróże! A dziś? Dziś młodzi ludzie nie chcą się zmęczyć, mówią: "Ale po co mam iść, przecież mogę lecieć?". Z biurem, w którym teraz pracuję, często jeździmy na przykład w Himalaje. Ceny są dobre, organizacja świetna, wszystko super i co? Myślisz, że ludzie korzystają? Padają pytania: "A nie można jakoś tak pójść, żeby było krócej?" albo: "A ja słyszałem, że można zobaczyć Everest ze śmigłowca lub z samolotu zamiast iść. Ile kosztuje?". "170 dolarów". "O! Świetnie! To poproszę".

Pamiętam też, jak lata temu podróżowałem z pewną firmową grupą po Serengeti. Jeden z noclegów przygotowałem na campie na sawannie. Ekskluzywne namioty stojące na trzymetrowych platformach, na środku wielki, bardzo nowoczesny szałas z restauracją i barem. W namiotach były toalety, prysznice, mahoniowe łóżka i jedwabna pościel. Muszę przyznać, że to był pełen luksus. Poinformowaliśmy wszystkich, że po dwudziestej drugiej, gdy zgasną światła, prosimy o nieopuszczanie namiotów bez asysty Masajów, którzy niczym duchy krążyli po obozie. Wyłączyliśmy generator, zrobiło się cicho, zapadł zmrok, paliło się tylko kilka ognisk. Siedziałem na tarasie przed namiotem zachwycony nieboskłonem rozświetlającym noc. Mniej więcej po 30 minutach pojawiły się pierwsze zwierzęta - hipopotamy. Majestatycznie przeszły między platformami. Po chwili zauważyłem stado żyraf, a potem było już wszystko, co tylko możliwe na sawannie: bawoły, słonie, zebry, gnu. Obóz był położony na ścieżce prowadzącej do wodopoju. Zachwycony myślałem już o kolejnej nocy.

Niestety rankiem czekała mnie niebywała rozmowa z prezesem firmy, którą oprowadzałem. Był kompletnie poirytowany tym noclegiem. Miał pretensje, bo nie po to płaci grube pieniądze, żeby spać w namiocie. W niewybrednych słowach poinformował mnie, że życie jego i jego pracowników jest tyle warte, że jeżeli kogoś tu stratuje słoń albo zje lew, nie wypłacę się do końca życia. Na nic tłumaczenia, że to najwyższy standard bezpieczeństwa, że camping jest strzeżony, a taka możliwość obcowania z naturą jest czymś absolutnie wyjątkowym. Niestety zostałem postawiony w sytuacji bez wyjścia: albo załatwię natychmiast normalny hotel, albo spotkamy się w sądzie. No to załatwiłem... spali w Arushy - największym mieście w okolicy, w środku smrodliwych ulic, za to w czterogwiazdkowym hotelu. Byli zachwyceni. A mnie pochwalili, że jednak potrafię coś załatwić.

Łukasz, pilot wycieczek:

Im droższa wycieczka, tym mniej ludzi, to jest jasne. Etiopia kiedyś była elitarna, podkreślam: kiedyś. Teraz coraz lepiej zarabiamy, więc takie wyjazdy stają się dostępne dla większego grona ludzi. Napisała do mnie niedawno koleżanka pilotka: "Łukasz, pomóż!". Okazało się, że ma na wycieczce dziewczynę, która się awanturuje, bo ma dwie noce w Etiopii pod namiotem, a miał być hotel. A przecież Etiopia pod namiotem to wspaniała sprawa - ognisko, fajny klimat. Jeszcze trzy lata temu ludzie, którzy jechali do Etiopii, byliby z takiej opcji niezwykle zadowoleni. Oni jechali po to, żeby coś przeżyć, a teraz jadą, bo sąsiadka była.

Anna Królikowska-Tomczak, ekspert do spraw turystyki i zrównoważonego rozwoju w turystyce, Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie:

Spotkałam się z pojęciem turysta 500+. Na pewno pojawienie się tego świadczenia wpłynęło na częstsze wyjazdy Polaków, zarówno w kraju, jak i za granicę. Bywa to przedstawiane w bardzo negatywnym świetle, ale ja widzę dwie strony medalu. Od kilkunastu lat jeżdżę z rodziną do pewnej turystycznej miejscowości nad Bałtykiem i przez ostatnich kilka lat spotykam tam coraz więcej rodzin wielodzietnych. Niedawno jedna z koleżanek moich dzieci ze szkoły opowiadała, że ma czworo rodzeństwa i w ubiegłe wakacje pierwszy raz w życiu pojechała na wczasy. Dziewczynka ma 8 lat i po raz pierwszy była nad polskim morzem przez 5 dni! To jest świetne, bo pokazuje tym dzieciakom zupełnie inną możliwość spędzania czasu, inne otoczenie, krajobrazy, inny świat. Jedną z podstawowych funkcji turystyki jest funkcja edukacyjna, wychowawcza. Dzięki wyjazdom, nawet skromnym, ludzie poszerzają horyzonty, doświadczają nowych rzeczy, mam nadzieję, otwierają się na innych i na to, co nieznane.

Niestety z drugiej strony widać też bardzo nieciekawe zachowania wielu turystów. Prawdopodobnie wynika to z tego, że wcześniej nigdzie nie jeździli, nie bywali, teraz jadą i zachowują się w dziwny sposób. Przykład: wejście główne na plażę, a przy nim dziki tłum ludzi, tłoczą się, pchają i zajmują sobie miejsca tuż obok tego wejścia, prawie przy samych schodkach na plażę, jeden obok drugiego, byle bliżej, byle wygodniej, odgradzają się parawanami. Wśród tych upchanych parawanów dzieciaki ledwo mają jak pobiegać. Często niosą ze sobą butelki z piwem, bo przecież jest te dwa złote taniej niż w knajpce nad morzem. Niestety puste butelki zostają na plaży, nie zawsze trafiają do kosza. Kawałek dalej są boczne wejścia na plażę - tam nie ma nikogo, bo trzeba kawałeczek podejść. Nie wiem, czy to są na pewno turyści 500+, ale słabiej, bez wątpienia słabiej wykształceni, słabiej wyedukowani, mniej "obyci", z niższą świadomością środowiskową, ale też kulturową.

Rozmowa z Jędrzejem, pilotem, rezydentem, animatorem:

Coraz więcej Polaków wyjeżdża na zagraniczne wycieczki i wielu ma poczucie, że już wszędzie byli, wszystko widzieli. Chorwacja albo Egipt są już dla nich za tanie. Myślą sobie: "Może do Tajlandii byśmy pojechali? Kosztuje koło »czwórki«, a nas stać. Ale by było fajnie, jakby wszyscy zobaczyli, że jesteśmy w Tajlandii". Tajlandia, Kuba, Dominikana są coraz bardziej dostępne. Czartery latają tam raz czy nawet 2-3 razy w tygodniu. Ci turyści bywają trudni. Miałem w Tajlandii takiego pana, który mówił do mnie zdenerwowany: "My już wszędzie byliśmy: w Rzymie, w Grecji, w Egipcie, nawet w Indiach byliśmy! I nigdzie nie było tak, że musieliśmy iść do autokaru. Zawsze autokar przyjeżdżał po nas!". Zapytałem go wtedy: "A próbował pan tu kiedyś stanąć?". "Nie". "No właśnie, bo tu nie można parkować. Dlatego idziemy, zapraszam".

A czy pamiętasz jakiś wyjazd, podczas którego polscy turyści wyjątkowo cię zaskoczyli?

Był taki jeden świetny wyjazd autokarem do Chorwacji. Ta wycieczka nie była droga, kosztowała może 1300 złotych od osoby. Ludziom, którzy na nią pojechali, naprawdę wszystko się podobało! Wszystko dla nich było super. Oni byli dobrze nastawieni, mieli świetne poczucie humoru. No, nie ma się do czego przyczepić!

1300 złotych i nie było januszów i grażyn?

Byli! Ale wyjątkowo pozytywnie nastawieni. Oni byli wprost dumni: "Jesteśmy w Chorwacji!". Była taka jedna fajna para: on typowy janusz, sandałki do skarpet - no, wszystko jak trzeba. Jego żona mnie potem znalazła na Facebooku i zaprosiła do znajomych. Patrzę, a ona dodała zdjęcie z wakacji i podpisała, że była "w Horwacji" - właśnie tak! O, ale co z tego? Ważne, że świetnie wypoczęła i była superradosna. Tamci turyści mieli takie poczucie humoru! Na żadnej wycieczce tak się nie uśmiałem! To była objazdówka po kraju i jeden z noclegów mieliśmy załatwiony w hotelu gdzieś w środku lasu. No ale żadnego hotelu tam nie było! Jechaliśmy i jechaliśmy w nocy, a oni zero marudzenia. Wszyscy się z tego śmiali. Ja sam ze śmiechu dosłownie się popłakałem. Jedna pani mówi: "To co? Wysiadamy i polujemy na dziki? Może coś upolujemy na kolację". Potem jeden z hoteli był taki sobie, znalazła się turystka, która zaczęła narzekać: "O Jezu, jaki ten hotel słaby". Druga szybko ją zgasiła: "A czego pani wymaga za 1300 złotych?". Oni nie narzekali, oni się cieszyli, że piękne widoki, że świeża ryba, że udana wycieczka i dużo zobaczyli. Kiedy jest dobry klimat na wycieczce, to ja jako pilot mogę im coś więcej zaoferować.

No i wymyśliłem, że zamiast zrobić planowy, długi postój na jedzenie gdzieś na trasie, zrobimy go w Wiedniu, którego nie mieli w programie. "Proszę państwa, jesteście tak fajną grupą, że mamy z kierowcami dla was taką małą niespodziankę: zrobimy sobie przerwę na spacer w Wiedniu". I cała wycieczka: "Wooow! Ale super!". Radość! Dla takich turystów chce się pracować.

* Więcej o książce "Polacy last minute" przeczytasz TUTAJ.

***

Zobacz również:

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: wakacje | urlop | Polacy na wakacjach | wakacje all inclusive

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje