Reklama

Reklama

Elżbieta II: Królowa zakochana w czekoladzie

Na talerzu Elżbiety II wszystkie warzywa muszą być tej samej wielkości, a jeśli ma ochotę na jajka, to tylko te w brązowych skorupkach. Aby uniknąć nieprzystojnych skojarzeń, banana je nożem i widelcem. Co jeszcze wiemy o kulinarnych upodobaniach królowej? Poniżej publikujemy fragment książki Wiki Filipowicz pt. "Przy stole z królem", w którym znajdziemy obszerną odpowiedź na to pytanie.

Królowa Elżbieta II podczas podróży po egzotycznych krajach bez mrugnięcia okiem zje gotowaną strzykwę lub pieczonego szczura. Na co dzień jednak unika ekstrawagancji i woli dania kuchni francuskiej oraz angielskiej.

Jej stół podąża jednak z duchem czasu - jedzenie ma być zdrowe i ekologiczne. Ma też królowa swoje małe słabości: czekoladowe desery oraz szklaneczkę ginu z dubonnetem i kostkami lodu, koniecznie okrągłymi, bo wydają dźwięk milszy dla ucha.

Kuchnią Elżbieta raczej nie jest zainteresowana i ma z nią niewiele wspólnego. Owszem, podczas spotkań z rodziną lub bliskimi przyjaciółmi własnoręcznie nalewa herbatę i czasami przyprawia sałatki na piknikach rodzinnych. Sypnie szczyptę soli, odrobinę pieprzu, doleje kilka kropel soku z cytryny, wymiesza, by - oblizując palec umoczony w sosie - stwierdzić, że warzywa doprawione już wcześniej przez kucharza jak należy, dopiero teraz smakują doskonale.

Czy ma jakieś pojęcie o tym, jak powstają potrawy? Niewielkie, ale jednak ma. W czasie wojny, w ramach zorganizowanej w Windsorze drużyny Girls Guides, złożonej z córek zamkowej służby i dziewcząt ze zbombardowanego East Endu, które znalazły schronienie u rodzin zamieszkujących posiadłość windsorską, zdobyła sprawność kucharki. Razem ze skautkami nie tylko gotowała zupy i potrawki oraz piekła ciasta i naleśniki, ale też zmywała naczynia w blaszanej balii.

Reklama

Miała nawet okazję, by zdobytą wtedy wiedzą kulinarną pochwalić się przed amerykańskim prezydentem Dwightem Eisenhowerem. Podejmując go na pikniku myśliwskim w sierpniu 1959 roku na brzegu Loch Muick w Szkocji, nieopodal Balmoral, własnoręcznie usmażyła na przenośnym piecyku szkockie naleśniki, które prezydentowi miały tak przypaść do gustu, że poprosił Elżbietę o przepis. Kilka tygodni później przesłała mu go w liście, przepraszając, że podaje proporcje potrzebne dla 16 osób.

- Gdy ma przyjść mniej ludzi, zazwyczaj po prostu dodaję mniej mąki i mleka - poinstruowała prezydenta. Nie zapomniała przy tym zaznaczyć pomocnie, że "masę należy bardzo dobrze wymieszać". Eisenhower niewątpliwie był pod wrażeniem.

Więcej o książce "Przy stole z królem" Wiki Filipowicz przeczytasz TUTAJ

Jednak z wiedzą Elżbiety o wykwintnym jedzeniu, bardzo pożądaną u wysoko urodzonych dam, jest gorzej. Jej babka, królowa Maria, żywo się kuchnią interesowała. Matka, Elżbieta Bowes-Lyon, zwana po śmierci męża Królową Matką, zawsze lubiła jeść i gromadziła przepisy kulinarne. Obie poświęcały sporo czasu na rozmowy ze swoimi szefami kuchni o przygotowywanych przez nich potrawach oraz zestawach dań na bankiety i przyjęcia.

Synowe Elżbiety również znały się na wykwintnym gotowaniu. Pierwsza z nich - Diana - w ramach nabywania kwalifikacji do ziemiańskiego życia w szkole dla młodych arystokratek Institut Alpin Videmanette w Gstaad miała przedmiot taki jak gotowanie, a później w Londynie ukończyła prestiżowy kurs kucharski w londyńskiej filii Le Cordon Bleu. Jej specjalnością były suflety. Druga - Kamila Parker-Bowles - także uczyła się gotować w ramach edukacji w szwajcarskiej szkole dla arystokratycznych panien Mon Fertile. Królowa - jak na władczynię przystało - poznawała wytworne dzieła sztuki kulinarnej, jedynie dostając je na talerzu.

Wielka gala w pałacu

Oficjalne przyjęcia to zupełnie inna sprawa. Tu nie ma miejsca na żadne nieprzewidziane zdarzenia. W ciągu roku - na miejscu w Wielkiej Brytanii, w Buckingham, Windsorze, Sandringham i Balmoral, oraz podczas podróży dyplomatycznych - wypada takich przyjęć mniej więcej 7022. Za każdym razem dla służb pałacowych to poważny egzamin. Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik i stać na najwyższym poziomie, bo od tego zależy prestiż kraju i Korony.

W pałacu Buckingham imprezy tego rodzaju odbywają się w mieszczącej 170 osób Sali Balowej. W Windsorze, w Sali Świętego Jerzego, można posadzić tylko 162 osoby. Stoły ustawione w podkowę przygotowuje cały sztab ludzi (w sumie około 130 osób). Porcelana, złoto, srebro, sztućce i kryształowe kieliszki (po 5 przy każdym nakryciu) muszą lśnić. Wystrój stołu jest szczytem perfekcji. Aby go uzyskać, jeden z lokajów, ze stopami obwiązanymi białymi serwetami, wchodzi na blat, by z miarką ustawić lichtarze i kwiaty.

W podobny sposób rozstawia się nakrycia. Odległość między nimi musi wynosić ni mniej, ni więcej, tylko 46 centymetrów. Nawet krzesła muszą stać w takiej samej odległości od siebie i od stołu. O 19.45 goście w wieczorowych strojach częstowani są aperitifem i sącząc go, czekają na królową. Królewska rodzina natomiast gromadzi się ze szklaneczkami czegoś mocniejszego w dłoni - jeśli przyjęcie odbywa się w pałacu Buckingham - w Royal Closet, gabinecie sąsiadującym z salą audiencyjną.

Punktualnie o 20.10 otwierają się drzwi do Salonu Białego, w którym zgromadzili się najświetniejsi goście, i pojawia się w nich królowa z krewnymi. Tu też tworzy się prowadzony przez nich orszak, do którego dołączają pozostali goście oczekujący w Salonie Błękitnym, Muzycznym lub Zielonym. Przy dźwiękach hymnu wszyscy wkraczają do Sali Balowej i zajmują wyznaczone miejsca przy stole według specjalnie rozpisanego planu. Królowa jako mistrzyni etykiety dworskiej osobiście go zatwierdza i koryguje.

Sama siada zawsze w tym samym, najbardziej wyeksponowanym miejscu stołu, mając po bokach najważniejszych z zaproszonych. Reszta zajmuje miejsca odpowiednie do rangi i pozycji na dworze. Wtedy wkraczają lokaje i podają potrawy wszystkim jednocześnie. Pracę lokajów synchronizuje... sygnalizacja świetlna. Czerwone światło oznacza "czekać", żółte - "uwaga, przygotować się", a zielone, że można już wnosić danie czy zbierać talerze. Potrawy są wykwintne, ale nie nazbyt ekscentryczne.

Mimo że od 1937 roku na dworze gotują Brytyjczycy, którzy zastąpili pracujących dotąd w kuchni Francuzów, menu, którego egzemplarz otrzymuje każdy uczestnik bankietu, nadal spisywane jest po francusku i w tym języku drukowane dla gości. Zazwyczaj zaczyna się od zupy - bulionu lub kremu, na przykład Saint-Germain. Potem - w zależności od pory roku - podaje się rybę, homara bądź mus z łososia. Często na pieczyste jest udziec jagnięcy. Unika się natomiast dziczyzny, której część gości może nie lubić.

Mięso serwuje się w towarzystwie trzech, czterech rodzajów warzyw i odpowiednio dobranych win. Na koniec podawana jest zielona sałata przyrządzona na sposób francuski. Potem desery - ciasta, lody i owoce. Podczas pierwszego dania królowa konwersuje z osobą siedzącą z jej prawej strony, w czasie drugiego - z lewej, a w trakcie deseru - z obojgiem.

W tym czasie wygłasza siedmiominutowe przemówienie i wysłuchuje mowy najważniejszego gościa. Jedząc, musi zważać na tempo jedzenia gości, by nie zakończyć przed nimi. Dawniej w chwili, gdy monarcha skończył jeść, służba zaczynała zbierać talerze niezależnie od tego, na jakim etapie byli goście. Zwyczaj ten nie został oficjalnie odwołany, lecz królowa, jeśli zbyt pospieszy się z pieczystym, je swoją sałatę tak długo, aż pozostali opróżnią talerze.

#POMAGAMINTERIA

Emaus to wspólnota ludzi doświadczonych przez los. Niektórzy byli bezrobotni, inni stracili domy. Założyli wspólnotę, by razem pracować na godne życie. W czasach pandemii mają z tym jednak problemy. Pomóż im zarobić na swoje utrzymanie.

Sprawdź szczegóły >>

W ramach akcji naszego portalu #POMAGAMINTERIA łączymy tych, którzy potrzebują pomocy z tymi, którzy mogą jej udzielić. Znasz inicjatywę, która potrzebuje wsparcia? Masz możliwość pomagać, a nie wiesz komu? Wejdź na pomagam.interia.pl i wprawiaj z nami dobro w ruch!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy