Reklama

Reklama

Jan Brzechwa: Skomplikowane życie bajkopisarza

Trudno wyobrazić sobie polską literaturę dziecięcą bez "Kaczki dziwaczki" czy "Akademii Pana Kleksa". Nic zatem dziwnego, że praktycznie wszyscy znają nazwisko ich autora, choć niewiele osób orientuje się w zawiłościach pozaliterackiego życia Jana Brzechwy. Poeta wiódł bowiem - delikatnie mówiąc - dość burzliwe życie prywatne, żenił się trzykrotnie, a o jego przelotnych romansach opowiadano legendy. Uwielbiał też wygodne, zamożne życie, co zapewne było jedną z przyczyn jego serwilizmu politycznego. Fragment pochodzi z książki "Tajemne życie autorów książek dla dzieci", autorstwa Sławomira Kopra.

U schyłku II Rzeczypospolitej opłakiwał marszałka Piłsudskiego i sławił Legiony, by w epoce PRL-u wynosić pod niebiosa plan sześcioletni i rozpaczać po śmierci Stalina. Konformizm Brzechwy nie był jednak odosobniony, gdyż podobnie zachowywała się większość polskich literatów, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzały regułę. Pisarze zawsze bowiem wysoko cenili poparcie aktualnych władz, doskonale wiedząc, że od przychylności rządzących zależy ich powodzenie finansowe. A który artysta nie chciałby być popularny i jednocześnie prowadzić dostatnie życie? 

Reklama

Mecenas Jan Lesman 

Jan Brzechwa pochodził z inteligenckiej, spolonizowanej rodziny żydowskiej, która niemal całkowicie odcięła się od swoich korzeni. Po latach wspominał, że Lesmanowie mieli duże ambicje - wśród nich byli właściwie "sami artyści i ani jednego lichwiarza, od którego by można pożyczyć trochę pieniędzy". Z "samymi artystami" wprawdzie nieco przesadził, ale faktem jest, że był wnukiem warszawskiego księgarza i wydawcy Bernarda Lesmana, jego kuzynem był poeta Antoni Lange, a stryjecznym bratem Bolesław Leśmian. To właśnie on zażądał, by młodszy o ponad 20 lat kuzyn nie publikował pod własnym nazwiskiem, gdyż było zbyt podobne do jego pseudonimu. Osobiście wybrał też dla niego przydomek, który miał pochodzić od staropolskiego słowa określającego część strzały do łuku. 

Czy tak było naprawdę - nie wiadomo, ale faktycznie Brzechwa nigdy nie wydawał pod własnym nazwiskiem. Natomiast pisząc do kabaretów, używał jeszcze innych pseudonimów (Szer-Szeń, Inspicjent Brzeszczot), co w czasach II Rzeczypospolitej było normalną praktyką. Wielu autorów, mimo pobierania sowitych honorariów za twórczość estradową, wstydziło się jednak tej działalności - na przykład Julian Tuwim używał tak wielu pseudonimów, że badacze do dzisiaj mają problem z ich identyfikacją.

Brzechwa przejawiał talent literacki od najmłodszych lat, ale pod wpływem rodziny zdobył "porządny" zawód. Podobnie jak starszy kuzyn został prawnikiem, a w międzyczasie zdążył wziąć udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Jak jednak uczciwie przyznawał, był "marnym żołnierzem", natomiast zdecydowanie lepiej wiodło mu się jako prawnikowi. Jeszcze będąc studentem I roku Uniwersytetu Warszawskiego został współzałożycielem Związku Autorów i Kompozytorów Scenicznych, a później radcą prawnym stowarzyszenia. Specjalizował się bowiem w prawie autorskim, które wówczas dopiero się kształtowało. Wprawdzie minęły już czasy, gdy każdy wydawał, co chciał, i tylko od dobrej woli edytorskiego pirata zależało honorarium dla autora, ale wiele spraw wciąż pozostawało jeszcze nieuregulowanych. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku utworów muzycznych, które nie tylko wykonywano bez zgody autora, lecz także drukowano w dużych nakładach. Zresztą dotyczyło to zarówno pojedynczych szlagierów, jak i poważnych dzieł operowych. 

Brzechwa jako prawnik odnosił tak duże sukcesy, że stał się znany w całej Europie - został korespondentem kilku zagranicznych czasopism prawniczych. Ponadto wybrano go do Międzynarodowej Komisji Prawa Autorskiego, której działacze starali się uporządkować sytuację prawną w tej dziedzinie. 

W karierze poety zdarzały się głośne procesy, ale większość spraw dotyczyła zagadnień drobnych, chociaż istotnych z punktu widzenia pokrzywdzonych. Z tego powodu najczęściej odsyłał petentów do swoich aplikantów, chociaż osobiście nadzorował postępowanie. 

Jednym z takich przypadków był pozew przeciwko potentatowi nielegalnego edytorstwa muzycznego, Lucjanowi Królickiemu. Zdobywał on teksty i nuty szlagierów "własnym przemysłem", czyli spisywał, przesłuchując wydawane płyty. W tamtej epoce ich jakość nie była najwyższa, zatem zdarzało się, że pozywano go nie tylko o piractwo edytorskie, lecz także "moralne pogwałcenie praw autorskich". Trafiały mu się bowiem wręcz komiczne pomyłki. 

"Stanąłem przed sędziowskim stołem - relacjonował Jerzy Jurandot. - Młody aplikant Brzechwy (...) wyciągnął rękę oskarżycielskim gestem i zagrzmiał: 

- Tak, na przykład, proszę wysokiego sądu, tango świadka Jurandota Tak mi weszłaś w krew oskarżony wydrukował pod tytułem Tak mi weszłaś w krok, co jest przecież bardzo bolesne dla autora!". 

Brzechwa był autorem komentarzy do uchwalonego w 1926 roku prawa autorskiego, ale uznanie międzynarodowe przyniosła mu inna praca. Jako pierwszy zajął się bowiem tematyką praw autorskich w filmie dźwiękowym, gdyż - jak to zwykle bywa - technika wyprzedziła ustawodawstwo. Natomiast na krajowym podwórku najgłośniejszym procesem mecenasa Jana Lesmana był spór o edycję wierszy Norwida. Uważający się za właściciela praw do utworów Zenon Przesmycki "Miriam" wydawał dzieła poety od 1912 roku, ale nie ukończył edycji jeszcze w latach 30. Wyręczył go Tadeusz Pini, który opublikował całą twórczości Norwida w serii Biblioteka Poetów Polskich. Wybuchł ogromny skandal, który zakończył się głośnym procesem, a Brzechwa reprezentował "Miriama". Ostatecznie wygrał batalię, a awantura przyspieszyła kompletne wydanie norwidowskiej spuścizny. 

Między prawem a poezją 

Brzechwa traktował swój prawniczy fach znacznie poważniej niż Leśmian, który - pełniąc obowiązki notariusza w Hrubieszowie i Zamościu - wpadł w ogromne tarapaty finansowe i nie poradził sobie z nimi do końca życia. Jego młodszy kuzyn był jednak o wiele bardziej sumienny - inna sprawa, że specjalizował się w dziedzinie, w której nie miał bezpośredniego kontaktu z dużymi sumami pieniędzy. Nie zmienia to jednak faktu, że marzył o wielkiej karierze poetyckiej i z podziwem obserwował sukcesy Leśmiana. Zapewne nieco mu zazdrościł, ale zawsze okazywał wobec niego lojalność. Ten zresztą wprowadził go w świat literackiej Warszawy - Brzechwie nie wystarczały bowiem sukcesy prawnicze i kabaretowe, choć wiedział, że jako poeta nie mógł liczyć na większe dochody. Pisanie wierszy nigdy nie było intratnym zawodem i nawet skamandryci utrzymywali się, wykonując zupełnie inne zajęcia. 

Oficjalny debiut poetycki Jana Brzechwy nastąpił w 1926 roku - opublikował wówczas zbiór 30 wierszy zatytułowany Oblicza zmyślone. Opinie krytyków były podzielone, ale nawet pozytywne recenzje podkreślały brak nowatorstwa autora. Niektórzy zarzucali mu wręcz naśladownictwo zdolniejszego kuzyna, co było kamieniem obrazy dla początkującego poety. Nie zmienia to jednak faktu, że po wydaniu tomiku doczekał się debiutu w "Skamandrze", co oznaczało nobilitację i zaproszenie do świata poważnej liryki. Na rynku pojawiało się bowiem wiele tomików o bardzo zróżnicowanej wartości (często wydawanych nakładem samych autorów), natomiast opublikowanie utworu w specjalistycznym miesięczniku oznaczało namaszczenie na pełnoprawnego poetę. 

Trzy lata później Brzechwa wydał kolejny zbiór, Talizmany. Recenzje były jeszcze gorsze - tym razem miał naśladować nie tylko Leśmiana i skamandrytów, ale wręcz Jana Kochanowskiego. Z pozytywnym przyjęciem spotkał się natomiast jego następny tomik. Choć ponownie nie zabrakło odwołań do Leśmiana, to przynajmniej przyznano Brzechwie talent poetycki. Jeszcze lepsze oceny otrzymał kolejny zbiór wydany w 1935 roku - i autor wreszcie poczuł się pełnoprawnym lirykiem. 

Jeden z wierszy zamieszczony w zbiorze (Imię wielkości) został poświęcony niedawno zmarłemu marszałkowi Piłsudskiemu, a później wszedł do osobnego tomiku wydanego na cześć Komendanta. Wywołało to burzę w środowiskach endeckich, które zarzucały Brzechwie koniunkturalizm, podnosząc przy okazji, że jako Żyd nie miał prawa pisać o polskim Marszałku. Najwyraźniej narodowcy uważali, że o Piłsudskim mogą wspominać tylko "prawdziwi Polacy", a że niemal zawsze źle, to już zupełnie inna sprawa. Nie zmienia to jednak faktu, że do Brzechwy przylgnęła opinia twórcy wyjątkowo serwilistycznego wobec władz, która w znacznie wzmocnionej wersji jest powtarzana do dziś. W połowie lat 30. poeta zainteresował się twórczością dla dzieci. Miało mieć to miejsce podczas szczególnie nudnych i deszczowych wakacji w Zaleszczykach, gdy fatalna pogoda uwięziła go na kwaterze. Tak brzmi wersja oficjalna, natomiast jednemu z przyjaciół wyznał, że zaczął pisać dla najmłodszych z zupełnie innych powodów. 

"Przebywając w jakimś pensjonacie w Otwocku - wspominał poeta Stanisław Ryszard Dobrowolski - (...) poznał tam - najprawdopodobniej niepozbawioną wdzięku i urody pensjonariuszkę, z zawodu (...) przedszkolankę. I dla niej, jak to ujął, traktując rzecz jako żart, zaczął pisać »wiersze dla dzieci«". 

Czy uwiódł przedszkolankę, czy też nie - tego nie wiadomo, chociaż bowiem Brzechwa był wyjątkowo kochliwym mężczyzną, to jednak z reguły zachowywał wzorową dyskrecję. Wiersze jednak pozostały i - co najważniejsze - spotkały się z zainteresowaniem zarówno wydawców, jak i kolegów po piórze. "(...) 

Zdziwiłem się - opowiadał poeta po latach - kiedy Leśmian powiedział mi, że dopiero te moje wiersze są całkiem dobre i oryginalne. Zachęcony tym napisałem Kaczkę dziwaczkę". 

Dwa tomiki Brzechwy, które ukazały się przed wybuchem wojny, przyniosły mu niezwykłą popularność. Wprawdzie niektórzy pedagodzy narzekali, że w utworach najczęściej brakuje morału, ale mali czytelnicy je uwielbiali. Łatwość pisania dla najmłodszych była tym bardziej zaskakująca, że autor wprawdzie miał córkę, ale za dziećmi, delikatnie mówiąc, nie przepadał.

"Był człowiekiem pogodnym - wspominała córka poety, Krystyna - ale w moim mniemaniu zamkniętym. Relacje nasze były pozytywne, ale nie były bardzo bliskie". 

Brzechwy raczej w ogóle nie interesowało życie rodzinne, a "dom nie figurował na liście jego zobowiązań". Nic zatem dziwnego, że do dzieci miał stosunek raczej ambiwalentny. Z jednej strony byli to jego najwierniejsi odbiorcy, którym zawdzięczał sławę, ale z drugiej - trochę się ich lękał. 

"Chociaż pisał dla nich przez całe życie - opowiadał poeta Antoni Marianowicz - to jednak wyraźnie się ich bał. Jak trzeba było się spotykać z dziećmi, miał zmieszany wyraz twarzy, wprawdzie radził sobie z tymi problemami, ale raczej wolał dla dzieci pisać (...), a w bezpośrednich kontaktach był wyraźnie skrępowany". 

Jeszcze przed wojną Brzechwa stał się więc prawdziwą gwiazdą literatury dziecięcej i właściwie tylko Tuwim cieszył się w tej dziedzinie porównywalną sławą. Jednak to właśnie Brzechwie poezja dla najmłodszych zawdzięcza swoją nobilitację, gdyż dotychczas uważano ją za literaturę drugiego sortu. Wcześniej dla dzieci pisały bowiem tylko nauczycielki lub ewentualnie poeci, którym nie powiodło się w "poważniejszej" literaturze. Nie zmienia to jednak faktu, że Brzechwa przez długi czas chciał uniknąć zaszufladkowania jako poeta dla najmłodszych. Gdy jednak ktoś nazwał go wreszcie bajkopisarzem, uznał, że ten tytuł wyjątkowo mu odpowiada. 

Król życia 

Jako skuteczny prawnik osiągał znaczne dochody i potrafił robić z tego właściwy użytek. Był człowiekiem niezwykle towarzyskim, żył na wysokiej stopie, lubił bywać w dobrych lokalach, gdzie często regulował rachunki za przyjaciół. 

"Brzechwa miał szczęście do pieniądza - potwierdzał Dobrowolski. - I co bodajże ważniejsze: umiał go pięknie tracić. Bo zdobywać pieniądze potrafią nawet ostatni durnie, ale mądrze tracić - mało kto". 

Był dżentelmenem w starym stylu, zawsze świetnie ubrany i elegancki bardzo podobał się kobietom. I właściwie zawsze był zakochany. Praktycznie non stop adorował piękne panie i nie narzekał na brak powodzenia. 

"Była taka tłumaczka z włoskiego - relacjonował przyjaciel poety, Ryszard Matuszewski - prześliczna kobieta. Kiedyś jak jechała do Krakowa, to na każdej stacji przychodził konduktor i przynosił bukiet kwiatów dla niej od Brzechwy". 

Już jako student przyciągał uwagę swoim nienagannym strojem. Akademicki luz ograniczał do uniwersyteckiej czapki, a poza tym nigdy nie zapominał o rękawiczkach i eleganckiej grubej lasce. Zawsze zresztą mawiał, że tylko milioner może sobie pozwolić na niedbały ubiór. 

Jego życie osobiste było bardzo burzliwe. Wprawdzie nie dorównywał pod tym względem Leśmianowi preferującemu trójkąty i czworokąty erotyczne, ale niewiele mu ustępował. Przez pewien czas mieszkał w Warszawie w pracowni malarskiej kuzynki, Celiny Sunderland, wieloletniej kochanki kuzyna (Leśmian miał żonę). W tym samym domu mieszkała także wielka miłość Leśmiana, Dora Lebenthal. Dodatkowo obie panie nawiązały ze sobą romans. Brzechwa - jako powiernik - doskonale orientował się we wzajemnych kontaktach tego wielokąta. 

Można też znaleźć informacje, że kolejnym elementem tej erotycznej układanki był sam Brzechwa. Ponoć wykorzystywał czas, gdy Leśmian wyjeżdżał w sprawach zawodowych do Hrubieszowa, i w latach 20. miał romans zarówno z Dorą, jak i Celiną. Co nie przeszkodziło mu zaręczyć się z kuzynką ich wszystkich, Marią Sunderland. A w 1926 roku ją poślubić. 

Małżeństwo szybko się jednak rozpadło, gdyż Brzechwa zainteresował się córką bogatego przemysłowca, Karoliną Lentową. Podobno rozstanie małżonków nie przebiegało bezboleśnie, a niektórzy znajomi twierdzili wręcz, że poeta "w bestialski sposób obchodził się ze swoją żoną". Inna sprawa, że córka zobaczyła go po raz pierwszy dopiero na pogrzebie Leśmiana, gdy miała już 10 lat. Fatalnie to świadczy o nim jako ojcu. 

Wprawdzie Brzechwa planował małżeństwo z niemal każdą panią, z którą spotykał się dłużej, ale nie unikał też przelotnych romansów. Był jednak człowiekiem bardzo dyskretnym i jeżeli zwierzał się znajomym ze swoich przygód, to raczej opisywał porażki. 

"Przypominam sobie jego uroczą relację - opowiadał pisarz Antoni Marianowicz - o paryskiej przygodzie z piękną pedikiurzystką. (...) Janek kazał się jej zgłosić do pokoju o jedenastej wieczorem i zamówił do pokoju butelkę szampana. Panienka zgłosiła się punktualnie co do minuty, otworzyła swą walizeczkę i odmawiając wszelkiej konsumpcji - zabrała się do roboty... Mam na myśli robotę przy obcinaniu paznokci. »Próbowałem jakichś akcji zaczepnych - mówił Janek - ale spojrzała na mnie takim wzrokiem, że poniechałem dalszych awansów. I jak idiota spędziłem wieczór z bosymi stopami w misce z gorącą wodą«". 

Poeta przyznał się też kiedyś do romansu z pewną stenotypistką sądową pochodzenia żydowskiego, która nawet w najbardziej intymnej sytuacji nie mogła zapomnieć o dzielącej ich różnicy zawodowej. W trakcie zbliżenia wykrzykiwała bowiem w ekstazie: "Oj, panie mecenasie! Uj, panie mecenasie!". 

Do zdobywania względów płci pięknej pisarz wykorzystywał również swoją pozycję literacką, co przychodziło mu tym łatwiej, że kobiety z reguły nie potrafiły się oprzeć wizji bycia muzą poety. Nawet jeżeli chodziło tylko o personifikację... pchły.

"Właśnie szkicowałem postać bohaterki - wspominał pracę przy Pchle Szachrajce rysownik, Jan Szancer - gdy spotkana w kawiarni znajoma oświadczyła mi, że pchła powinna być do niej podobna, bo to ją właśnie miał pan Brzechwa na myśli. Ale już następnego dnia spotkałem drugi pierwowzór pchły, potem trzeci i czwarty. Niepoprawny donżuan Janek Brzechwa w ten sposób głaskał próżność kobiecą". 

Drugie małżeństwo Brzechwy można uznać za związek z rozsądku. Ojciec żony był bowiem niezwykle bogatym człowiekiem, a majątek zawdzięczał pozycji nieoficjalnego przedstawiciela handlowego Rzeczypospolitej w Moskwie. Poeta wraz z żoną zamieszkał w jego mieszkaniu w centrum Warszawy, a panujący tam luksus porażał przyjaciół Brzechwy. Na podłogach leżały perskie dywany, w kredensach stała kosztowna porcelana, a do wycierania nosa gospodarz używał wyłącznie chusteczek z monogramem cara Mikołaja II. Do tego prezentował dość niefrasobliwy stosunek do swojego majątku. 

"Gdym któregoś wieczoru - opowiadał Stanisław Dobrowolski - wypiwszy coś niecoś na owych pokojach poety, przez nieostrożność strącił żarzący się jeszcze popiół papierosa na wspaniałego, jasnego »persa« i z przerażeniem spoglądałem na dokładne dzieło zniszczenia - wielką dziurę wypaloną w dywanie - gospodarz na ten widok zaledwie tylko wzruszył ramieniem, lekceważąco przy tym machnąwszy ręką". 

Jednak także i ten związek nie przetrwał próby czasu, na co zapewne wpływ miała niezbyt atrakcyjna powierzchowność żony poety. Potwierdzała to Zofia Nałkowska, która jako koneserka męskiej urody doceniła aparycję pisarza ("choć poeta słaby, mężczyzną jest powabnym"), ale zdyskredytowała jego partnerkę, uznając, że była "jasnowłosa i brzydka". 

Jeszcze przed wybuchem wojny Brzechwa porzucił żonę dla tancerki Wity Niedzielskiej, ale nowa partnerka nie zdobyła go na wyłączność. W życiu poety pojawiały się bowiem "liczne przyjaciółki", u których "pomieszkiwał", chociaż dysponował garsonierą przy ulicy Szczyglej. Niebawem zresztą poznał Janinę Serocką i wszystko miało się zmienić. (...)

Fragment pochodzi z książki "Tajemne życie autorów książek dla dzieci", autorstwa Sławomira Kopra. Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje