Reklama

Reklama

"Wszyscy byliśmy kiedyś dziećmi". Psychiatria dziecięca okiem specjalistów

"Największym problemem są braki kadrowe", "nie ma wielu specjalistów psychiatrii dzieci i młodzieży, a jeżeli są, to nie chcą się zatrudniać w szpitalach, ponieważ często wolą pracować w sektorze prywatnym", "oddziały psychiatrii dzieci i młodzieży się zamykają" - to słowa, które usłyszeliśmy od psychiatrów dziecięcych. W Polsce funkcjonuje niewiele ponad 400 specjalistów zajmujących się leczeniem psychiatrycznym najmłodszych pacjentów. Jak ta dramatyczna sytuacja względem dzieci i młodzieży wygląda z perspektywy tych, którzy mimo wszystko chcą nieść pomoc? Co jest dla nich najtrudniejsze?

W Polsce na wydatki związane z psychiatrią NFZ przeznacza 3,04 proc. swojego budżetu. Liczba samobójstw w naszym kraju w 2021 roku wyniosła ogółem 5,2 tys. Od początku stycznia do końca listopada 2021 roku 1339 nastolatków próbowało odebrać sobie życie. A wszystko to w sytuacji, gdy w całym kraju łącznie funkcjonuje niewiele ponad 400 specjalistów zajmujących się psychiatrią dziecięcą.

Nawet jeśli świadomość społeczna dotycząca zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży rośnie, to ciężko mówić o poprawie sytuacji, gdy mamy do czynienia z brakiem specjalistów. Na wizytę u psychiatry dziecięcego czeka się niekiedy nawet kilka miesięcy, gdy pomoc potrzebna jest natychmiast. Gdzie tkwi zatem główny problem sytuacji psychiatrii dziecięcej w Polsce i jak postrzegają ją sami psychiatrzy dziecięcy?

Reklama

Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi

Lekarze nie kryją, jak ogromnym problemem są braki kadrowe, niewystarczające dofinansowanie sektora psychiatrii dzieci i młodzieży oraz stopień obciążenia psychicznego ich pracy.

- Problem jest bardzo duży. Do mnie, do poradni w Nowym Sączu przyjeżdżają osoby z ościennych województw, ponieważ terminy do psychiatry dzieci i młodzieży, nawet prywatnie - są kilkumiesięczne. A takie dzieci potrzebują pomocy "na już", nie za kilka miesięcy - mówi dr Szczepan Ligara, psychiatra dziecięco-młodzieżowy i psychoterapeuta pracujący do niedawna w młodzieżowym oddziale dziennym. - Również z tego powodu, że praca psychiatry dziecięco-młodzieżowego jest bardziej wymagająca niż psychiatry dla osób dorosłych. Dzieje się tak nie dlatego, że dzieci są ważniejsze od dorosłych, bo każdy człowiek jest tak samo istotny, ale dlatego, że w gabinecie poza dzieckiem są jeszcze dorośli, których wątpliwości też trzeba rozwiać. Mając dwie specjalizacje, dysponuję porównaniem, że wychodząc z gabinetu, gdzie przyjmuję dzieci, czuję się znacznie bardziej obciążony psychicznie niż po takiej samej ilości czasu pracy z osobami dorosłymi.

- Oddziały psychiatrii dzieci i młodzieży się zamykają. Mam nadzieję, że uda się odwrócić ten trend choćby moim marzeniem, aby w mieście, w którym mieszkam, przy współpracy życzliwych osób powstał oddział dzienny dla dzieci i młodzieży, z którego będą mogli korzystać mali potrzebujący. My, dorośli, przecież wszyscy byliśmy kiedyś dziećmi.

"Najbardziej nie lubię czuć bezradności"

- Jest też ogromny problem, co zrobić z dziećmi, które przechodzą z okresu młodzieżowego w okres dorosły, ponieważ obecnie wydłużył się okres skolaryzacji i wynikająca stąd intensywna zależność od opiekunów  nawet do 25 roku życia. Takie osoby wymagają podejścia zbliżonego bardziej do pracy z młodzieżą niż z  osobami dorosłymi. Mieliśmy też taką sytuację jak pracowałem jeszcze w jednym z oddziałów dziennych  w Krakowie, gdy w związku z pandemią zaistniała konieczność wypisania dzieci z oddziału i przekazania ich pod opiekę  ambulatoryjną, telemedyczną. Dzieci szkolne to przecież czasami osoby 19- letnie lub starsze. Po okresie zamknięcia stanęliśmy przed zadaniem ponownego przyjęcia ich na oddział, ale długo nie mogliśmy ze względu na przepis zabraniający przyjmowania osób pełnoletnich do oddziałów młodzieżowych. Proszę sobie wyobrazić, jak nagle dziecko dowiaduje się, że nie może wrócić do swoich kolegów z oddziału, nie może kontynuować czasem kilkuletniej terapii. Warto wspomnieć, że na oddziałach otwartych, czy zamkniętych też tworzą się przyjaźnie, dzieci - wbrew powszechnej opinii - potrafią się zżyć z tym miejscem, w którym otrzymują  pomoc, a czasem po wypisie wracają, by odwiedzać personel i swoich kolegów.

- Największym problemem są braki kadrowe. Na naszym oddziale lekarz potrafi mieć 11 pacjentów. Są też obchody, superwizja, zebrania kliniczne, zlecanie badań, współpraca z personelem pielęgniarskim. Nie da się codziennie w przypadku takiej ilości pacjentów z każdym porozmawiać - mówi dr Piotr Markowski, psychiatra pracujący w oddziale psychiatrycznym dla młodzieży w Józefowie oraz w prywatnie PsychoMedic. Na pytanie, co jest dla niego najtrudniejsze w pracy, odpowiada: - Najbardziej nie lubię czuć bezradności. Nawet w sektorze prywatnym rodzice nie mają worka pieniędzy bez dna. Pracuję również w PsychoMedic, gdzie przyjmuję moich pacjentów także prywatnie. Jeśli tylko raz w miesiącu mają opłacić konsultację psychiatryczną, psychoterapię indywidualną i rodzinną, dietetyka, leki, to jest koszt rzędu 1500 zł miesięcznie. Nie każdego na to stać. A wizyty incydentalne od przypadku do przypadku w tej sytuacji mijają się z celem.

- Nie ma wielu specjalistów psychiatrii dzieci i młodzieży, a jeżeli są, to nie chcą się zatrudniać w szpitalach, ponieważ często wolą pracować w sektorze prywatnym - dodaje dr Piotr Markowski. - W związku z tym,  jest mało miejsc szkoleniowych, brakuje kierowników specjalizacji. Żeby ktoś zaczął specjalizację z psychiatrii dzieci i młodzieży, musi pracować w szpitalu akredytowanym, w takim szpitalu musi być już specjalista psychiatrii dzieci i młodzieży, by objął swoją opieką takiego specjalizanta. A jeżeli tych kierowników nie ma, to nie ma miejsc szkoleniowych i powstaje błędne koło, w którym nie możemy kształcić nowych psychiatrów dziecięcych.

Światło w tunelu


Czy w tej, zdawałoby się patowej sytuacji, jest jakaś nadzieja? Zdaniem dr Piotra Markowskiego można jej szukać w środowiskowych centrach zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży. Zgodnie z zapowiedzianym w zeszłym roku przez ministra zdrowia nowym modelem systemu ochrony zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży, ośrodki pierwszej referencyjności mają zwiększać dostępność psychoterapii dla pacjentów. Jego kluczowym założeniem jest deinstytucjonalizacja, a świadczenia mają być przede wszystkim udzielane w środowisku pacjenta, bez skierowania.  - Musimy też zwrócić uwagę na to, żeby dostępność tego leczenia młodzieży, dzieci i ich rodzin była taka sama w całym kraju, aby nie opierać się na szpitalach psychiatrycznych,  ale opiece środowiskowej - mówił Adam Niedzielski.

O to jak wygląda taka pomoc, pytam dr Bartosza Piaseckiego, psychoterapeutę i koordynatora usług zdrowotnych w Środowiskowym Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży w Poznaniu. - Działamy w ramach funduszy europejskich i zgodnie z założeniami nowej reformy bylibyśmy pewnie gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim poziomem referencyjności. Mamy oddział dziecięcy, psychiatrę, ale nie jesteśmy na tyle duzi, żeby w zgodnie z rozporządzeniami pracować w pełni komfortowo w ramach NFZ. Trafiają do nas osoby, które wychodzą ze szpitala psychiatrycznego i mają zalecenie kontynuowania leczenia, są kierowani bezpośrednio przez lekarzy do nas, ale większość naszych pacjentów dowiaduje się o naszym centrum tzw. pocztą pantoflową. Czasem pedagodzy i psycholodzy szkolni, kuratorzy kierują dzieci z problemami do nas. Przychodzą też "z ulicy", bez wstępnej diagnozy, gdy coś się dzieje i szukają pomocy. My wtedy decydujemy, czy jest to przypadek do psychoterapii, czy potrzeba tylko krótkiej interwencji, czy nasze miejsce jest odpowiednie lub kierujemy gdzieś indziej. Staramy się zapełnić tę lukę w NFZ-cie - mówi psychoterapeuta. 

Opowiada również o trudnościach w prowadzeniu takiej placówki. - Wąskim gardłem jest psychoterapia. Warunki lokalowe i godzinowe specjalistów nie są z gumy, a psychoterapia wymaga regularnych, systematycznych spotkań często przez kilka czy kilkanaście miesięcy. Natomiast jeśli chodzi o konsultację psychiatryczną i psychologiczną, niestety bez gwarancji natychmiastowego miejsca u psychoterapeuty, to u nas aktualnie termin znajdzie się na następny tydzień. Trudnością jest też kwestia obowiązku szkolnego i organizacji systemu edukacji.

Jak znaleźć jeszcze miejsce na zadania domowe, naukę po szkole, zabawę, spotkania towarzyskie, odpoczynek, sen i np. psychoterapię. Większość uczniów i ich rodziców nie decyduje się na psychoterapię w godzinach porannych i popołudniowych ze względu na to, że wtedy jest szkoła. Gdyby to były konsultacje od czasu do czasu, to nikt nie miałby problemu aby zwolnić dziecko z zajęć szkolnych, a terapia wymaga regularnych cotygodniowych spotkań. I w ten sposób okienko, w którym możemy prowadzić terapię z dziećmi i młodzieżą, jeszcze bardziej się kurczy. Wiele rzeczy wtedy się przeczekuje, "może nie jest tak źle, może dotrwam do końca semestru". 

A stan się pogarsza i to powoduje, że w późniejszym etapie pojawia się potrzeba włączenia leków i dłuższej psychoterapii. Od urzędników słyszeliśmy, że dziecko może wystąpić o indywidualne nauczanie i wtedy łatwiej znajdzie czas. To nie jest rozwiązanie.  Dla dzieci, które mogą dobrze funkcjonować w szkole, może to mieć duży wpływ na ich życie społecznie i wiązać się z ryzykiem pogorszenia stanu zdrowia. Uczeń nie powinien musieć dokonywać rewolucji w swoim, życiu żeby móc skorzystać z pomocy. Mam wrażenie, że jest dużo od lat niewykorzystanego pola do współpracy w tym zakresie między resortami edukacji i zdrowia.

Coś się jednak rusza w dobrym kierunku. Coraz więcej o problemie zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży, o znaczeniu wczesnej i kompleksowej interwencji, blisko dziecka. Założenia są dobre, jak zwykle trudniej jest z ich wdrożeniem. - Niestety zespół od reformy psychiatrii w Polsce się zmienił, pojawiają się poprawki do wcześniejszych planów, wciąż jest dużo niewiadomych jak w praktyce ten system będzie miał działać i czy będzie się finansowo zgadzał - dodaje dr Bartosz Piasecki. - Od ręki nie przybędzie też specjalistów zdrowia psychicznego pracujących z dziećmi i młodzieżą, których mamy stanowczo za mało. Na pewno społeczna świadomość znaczenia zdrowia psychicznego, która w ostatnich latach bardzo wzrosła, daje nadzieję, że wreszcie ta sfera naszego życia przestanie być spychana na drugi czy trzeci plan.

Więcej o akcji przeczytacie na stronie Mental.interia.pl

***

Czytaj również:

Przemilczane piekło. Dramat pacjentów psychiatrii dziecięcej

Polska psychiatria ma swoje słowo-klucz. Brzmi ono "brak"

Naomi Osaka: Depresja najbogatszej sportsmenki świata

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: psychiatria dziecięca | psychiatra | Mental | samobójstwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy