Reklama

Reklama

Przez pół świata. Mama z synem w podróży

Tylko we dwoje – Hanna Bauta wraz ze swoim synkiem Bernardem udała się w czteromiesięczną wyprawę po egzotycznych krajach Afryki i Azji. Owocem ich wędrówki jest książka, stanowiąca fascynujący opis podróży, która na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwa do zrealizowania. Oprócz historii niezwykłych miejsc odwiedzanych przez nietuzinkowych podróżników i opowieści o ludziach, których napotykali na swojej drodze, znajdziemy w niej także praktyczne porady dotyczące podróżowania z małym dzieckiem.

Przeczytaj fragment tej niezwykłej opowieści.

W drogę

Reklama

Nie boisz się jechać tak sama z dzieckiem? - Niemal każda spotkana przeze mnie osoba przed wyprawą zadawała to samo pytanie. I choć wcześniej bardzo dużo podróżowałam z Bernim po Hiszpanii, Włoszech, Gruzji, Armenii, Ukrainie, Bornholmie, to była pierwsza nasza podróż do dalekiej Azji i Afryki. Obawy, mimo naszych wcześniejszych wypraw, miała też rodzina. 


- A jeśli się coś stanie, to co zrobisz?! Mogą go ukraść, ciebie zgwałcić - wieścili, zanim jeszcze rozpoczęliśmy naszą podróż przez pół świata. I wyrokowali: - Przecież on z tego nic nie zapamięta.

Zwykle odpowiadałam że nie, ale oczywiście trochę się bałam. Dwa razy w ciągu podróży na bezdrożach Afryki nawet bardzo. Ale marzenia pognały mnie naprzód, daleko przed siebie. Przez cztery miesiące naszej podróży przemierzyliśmy Hongkong, Chiny, Malezję, Indonezję, Singapur, RPA, Mozambik i Suazi. Tylko ja i mój niespełna czteroletni syn - Bernard.

Na drugi zarzut mogę odpowiedzieć po fakcie, dopiero teraz, kiedy zabieram się za spisywanie naszych wspomnień z podróży i kiedy sama w zakamarkach pamięci odnajduję szczegóły. Berni podróż pamięta i bardzo często, szczególnie w zabawach, do niej wraca. Pewnie z czasem zapomni, ale kto powiedział, że zamierzamy przestać dalej razem podróżować? Świat jest ogromny, a my mamy jeszcze wiele marzeń do zrealizowania. Z perspektywy czasu wiem, że to, co pognało nas do przodu, to marzenia, ciekawość świata... i to coś, co przydaje się w podjęciu każdej decyzji - odwaga. Nam, na szczęście, jej nie zabrakło, a strach nie okazał się na tyle wielki, aby nas zniewolić.

Są w życiu takie momenty, kiedy dostrzegamy szansę na realizację planów, zamierzeń, kiedy wszystko układa się w całość, zmierza do jednego celu: wyruszyć, zostawić na moment normalne życie i uświadomić sobie, że normalność ma wiele wymiarów. Kiedyś w jednym z wywiadów przeczytałam prorocze słowa Małgorzaty Zajączkowskiej: "Pan Bóg zsyła nam łódkę w najmniej oczekiwanym momencie. Od nas zależy, czy nią popłyniemy, czy pozwolimy wsiąść do niej komuś innemu". Obiema rękami się pod tym podpisuję. Dla mnie podróżowanie to dotykanie takich punktów na mapie świata, poczucie, że jestem we właściwym miejscu i czasie. Że w danej chwili nigdzie indziej nie chciałabym być.


Podróż z moim dzieckiem nauczyła mnie wielu rzeczy, zdałam sobie sprawę, dzięki tej paromiesięcznej chwili wytchnienia, jak wiele uczę się od niego, poznając tajniki świata z punktu widzenia czterolatka. Bez względu na to, gdzie zawędrujemy, tak naprawdę tylko od nas zależy, jak będzie wyglądało nasze życie i to, co dalej z nim zrobimy.

Trasa - szczerze mówiąc była przygotowana dość pobieżnie. To znaczy wiedzieliśmy, co chcielibyśmy poznać i zobaczyć w Chinach i Hongkongu, ale dalsze plany na bieżąco ulegały modyfikacji. Zmieniła się też trasa, która w pierwotnej wersji obejmowała zamiast Suazi i Mozambiku Namibię i Australię. Ta ostatnia musi jednak na nas jeszcze trochę poczekać. Z Afryką było inaczej, ale o tym później. Tym bardziej, że tylko i wyłącznie w podroży można spędzić czas razem intensywnie go przeżywając, z dala od pracy i obowiązków.


Ostateczną decyzję o wyjeździe podjęłam półtora miesiąca przed naszą wyprawą. Przede wszystkim dlatego, że w dużej mierze budżet zależał od tego, czy uda się ostatecznie znaleźć kupca na poddasze, w którego sprzedaży pośredniczyłam, wynająć nasze mieszkanie i uzyskać wystarczająco długi urlop w pracy - połączenie wypoczynkowego i reszty wychowawczego. Potrzebowałam też przerwy od codziennego życia, szczególnie po roku nieudanych inicjatyw, niezrealizowanych planów zawodowych i śmierci babci. W końcu wszystko, pewnie za jej wsparciem, powoli zaczynało się układać w całość. W ciągu zaledwie miesiąca udało się zamknąć wszystkie sprawy, wziąć urlop, pożegnać się z przyjaciółmi, rodziną, i ruszyć w drogę na... Wschód.

Całkowity koszt wyjazdu zmieścił się w osiemnastu tysiącach złotych na dwie osoby. Nie było to dużo, ale też i niemało. Podróżowaliśmy, z wyjątkiem samolotów (chociaż i tu przecież tylko klasą ekonomiczną), tanimi środkami transportu: busikami, stopem, pociągami, statkami i łodziami. Spaliśmy w hostelach, w pociągach, na lotniskach. Ale też Azja, w porównaniu z Afryką, okazała się tańsza.


Jeszcze przed wyjazdem wykonaliśmy całą serię szczepień na dur brzuszny, WZW typu A, B, tężec, błonicę (część z nich jest dla dzieci obowiązkowa, dlatego przy planowaniu wyjazdów warto zwrócić na to uwagę). Wydaliśmy majątek na Malarone, dla pewności, że malaria ominie nas szerokim łukiem. Co do dengi - liczyliśmy na szczęście sprzyjające podróżnym.

Kupiłam plecak na kółkach, który można było zamienić na walizkę, na wypadek, gdyby Berni zasnął, a ja musiałabym go przenieść w jakieś miejsce. Z tego też względu cały nasz bagaż został ograniczony do zaledwie siedemdziesięciu litrów pojemności i zapakowany tak, aby można było przytroczyć do niego jeszcze jeden mały plecak. Liczba rzeczy w czasie pakowania sukcesywnie się zmniejszała, aż osiągnęliśmy zadowalające - szczególnie mnie - siedemnaście kilogramów. Jedna mama i jedno dziecko ruszyli w drogę z jednym plecakiem.


W tej książce Berni i ja zabierzemy Was w podroż po Czarnym Lądzie i orientalnej Azji. I choć naszą wędrówkę zaczęliśmy od Azji, spędzając w niej większość czasu i starając się poznać Hongkong, Chiny, Malezję, Singapur i Indonezję, to jednak Afryka okazała się, jak do tej pory, miłością naszego życia. Podróżując przez Republikę Południowej Afryki, Mozambik i Suazi poznaliśmy jej piękną kobiecą i matczyną twarz, pooraną zmarszczkami i troskami codzienności, z której wyłaniają się uśmiechnięte i pełne nadziei oczy. To w nich mogliśmy się przejrzeć jak w lustrze. Ja dostałam szansę, aby wreszcie poznać ten kontynent i przy okazji rozprawić się z trudną przeszłością skrytą w jednym niekończącym się łańcuchu genów, na którego końcu znajduje się DNA mojego dziecka. Dla Berniego podróż do Afryki oznaczała spotkanie przez duże "S". Wizytę w innym nieznanym świecie, gdzie jedynymi rozpoznawalnymi istotami są dwaj ludzie z ekranu komputera - ojciec i brat. Dlatego będziecie najpierw gośćmi Afrykańczyków, a dopiero potem Azjatów. Znaczenie ma opowieść, nie chronologia.

Na samolot odwozi nas moja starsza siostra. Wie, że nie zmienię decyzji, ale nadal zachowuje się jak mama. Patrzy na biegającego po lotnisku Berniego i rozpoznaję intuicyjnie myśli, jakie kotłują jej się w głowie: "Jak ona sobie poradzi, przecież to dziecko biega wszędzie i w ogóle jej nie słucha. Zgubi się już w Chinach". Na pożegnanie wciska mi jeszcze sto euro i żegna czule, mówiąc, żebyśmy na siebie uważali i żebym koniecznie go nie zgubiła. Mojego syna oczywiście. Moja starsza, kochana, przejmująca się wszystkim i wszystkimi siostra nadal nie rozumie, że ja też jestem mamą i nie narażę syna na niebezpieczeństwo.

Przechodzimy przez bramki, jej sylwetka już jest niewidoczna, a my wreszcie jesteśmy przed najbardziej ekscytującym sprawdzianem w życiu... Jeszcze nie wiemy, co przyniesie ta podróż, jak się zmienimy i wspólnie zrozumiemy. Jak dużo będzie można w ciągu tych czterech miesięcy poznać, zrozumieć, doświadczyć? Samolot kołuje, w żołądku miesza się ekscytacja i odrobina irracjonalnego strachu. W końcu wzbijamy się w powietrze.


Międzylądowanie na lotnisku Szeremietiewo II trwa prawie dobę. Jest godzina dwudziesta trzecia. W poczekalni gdzieniegdzie siedzą ludzie, niektórzy słuchają muzyki, rozmawiają, ale większość z nich poukładała się już do snu. My, podobnie jak pozostali, zsuwamy dwie ławki przodem do siebie. W ten sposób tworzą dość wygodne siedzisko. Wystarczy tylko rozłożyć śpiwór. Zasypiam z obawą, która towarzyszy mi na początku każdej wyprawy: o kradzież kamery czy kart płatniczych. Jest nieracjonalna, bo rozdzielanie kart i gotówki po różnego rodzaju skrytkach dopracowałam do perfekcji podczas naszych poprzednich wypraw. W portfelu trzymam jak najmniej, karty chowam w wewnętrznych kieszeniach spodni - w każdych mam wszytą taką dodatkową magiczną kieszonkę. Te początkowe fobie szybko jednak mijają w trakcie podróży.


Nazajutrz okazuje się, że władzom lotniska nie w smak nasz w miarę wygodny nocleg. Osiłek pracujący na lotnisku metodycznie zestawia puste ławki tyłem i parami przytwierdza na stałe. Berni biega po terminalu z przerwami na ulubioną zabawę w dżdżownicę, którą robimy ze śpiwora i w której we dwójkę się mieścimy. W podróż bierzemy tylko bardzo małe zabawki: globus, który można rozłożyć, samochodzik resorowy, kości do gry i karty. Poza tym bawimy się kreatywnie - tym, co w danym miejscu znajdziemy.

Rozglądam się po nieprzyjaznym terminalu i bardzo cieszę się na myśl, że za parę godzin usiądę wygodnie w samolocie do Hongkongu.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: podróże z dzieckiem

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje