Reklama

Reklama

Bez porywów serca, bez wyrzutów sumienia

Stary dom po babci był jedynym miejscem, w którym mogłam odpocząć od problemów. Ale tym razem i tu nie potrafiłam zaznać spokoju.


Gdy tu jestem, nachodzą mnie wspomnienia. Z sentymentem patrzę na stary, teraz już chylący się ku ziemi domek z drewnianym gankiem, otoczony sadem i ogrodem pełnym krzaków malin i agrestu. Odkąd sięgam pamięcią, przyjeżdżałam tu co roku z rodzicami, potem tylko z mamą. Ojciec odszedł od nas, gdy skończyłam osiem lat. Ani babcia, ani ciotka nigdy nie pogodziły się z myślą, że opuścił rodzinę dla jakiejś "siusiumajtki". Doskonale pamiętam, kiedy po raz ostatni widziałam tatę. To wspomnienie przypomina scenę z melodramatu. Długo bolało, ale w końcu przestało. Mama wyjechała wtedy nagle, zostawiając mnie pod opieką babci i ciotki, i dokładnie tego samego dnia zjawił się ojciec. Razem z obcą kobietą w czerwonej sukience. Szli w stronę ganku, a ja ukryłam się w ogródku, wśród krzaków agrestu. Słyszałam każde słowo. Każde zapamiętałam na zawsze. Babcia stanęła na progu i wymierzając w kobietę sękaty palec, rzuciła:

Reklama

- Dla mnie ona na zawsze pozostanie tylko przybłędą i wycieruchem. Masz, synku, żonę i córeczkę, wybieraj!

Ojciec był bardzo blady, ale spokojny. Nie krzyczał tak jak babcia, tylko cichym głosem powiedział:

- Mamo, mam tylko jedno życie.

- Więc przeżyj je jak człowiek, a nie jak pies! - odparła ostro babcia. Wtedy ojciec się odwrócił, wziął tamtą kobietę za rękę i wyszli na drogę. Nikt ich nie zatrzymywał. Chciałam do niego podbiec, czując, że dzieje się coś bardzo złego i nieodwracalnego. Pragnęłam złapać tatę za nogawkę spodni, ale moja sukienka zaplątała się między kolce agrestu i zostałam w ogrodzie. Więcej już ojca nie zobaczyłam. Podobno wyjechał do Krakowa, ożenił się. Co miesiąc przysyłał pieniądze z adnotacją "alimenty dla Klaudii". A ja, głupia, czekałam na choćby jedno cieplejsze słowo i z całego serca nienawidziłam "złodziejki", która ukradła mi ojca. Jednak to wszystko już przeszło, minęło... Babcia i mama od wielu lat nie żyją, tylko kochana ciocia Nina tkwi tu niezmiennie. Dzięki niej mam swoje miejsce na ziemi. Przyjeżdżam do tej chatki zagubionej w owocowym sadzie, ilekroć muszę podjąć jakąś ważną życiową decyzję lub po prostu odpocząć. Jednak tym razem jest mi wyjątkowo ciężko. Patrzę na drzewa, na stary dom i na zgarbioną ciocię, która właśnie drepcze do mnie ze szklanką zsiadłego mleka.

- Szkoda, że nie ma z tobą Mirka - mówi smutno. - Twój mąż nie lubi chyba u nas bywać, co?

- Ależ lubi, ciociu! Bardzo lubi, naprawdę. Zatrzymała go praca. Ma do wykonania jakiś ważny projekt...

- Na moje oko, to wy jesteście pokłóceni - stwierdza, kiwając głową. - Wciąż jesteś taka przygnębiona, zamyślona, osowiała. Czy on, nie daj Boże, tak jak twój ojciec...?

- Nie, ciociu, nie! - zaprzeczam.

- No, tak sobie myślę, że nie. To porządny człowiek, do tego bardzo jest za tobą. Wiesz chyba o tym? - milknie na chwilę, a potem wzrusza ramionami.

- Co tam, dziecko, żadne małżeństwo bez sprzeczek się nie uchowa - spogląda na mnie, a wreszcie wraca do kuchni, do swoich codziennych zajęć. Zostaję sama. Podnoszę w górę szklankę z mlekiem i patrząc ponad drzewa, wznoszę groteskowy toast: "Twoje zdrowie, tato! Nie dałeś mi miłości, zmarnowałeś dzieciństwo, za to zostawiłeś w spadku swój charakter. Idę w twoje ślady. Ty jeden byś mnie zrozumiał, prawda? Ale na twoim zrozumieniu akurat mi nie zależy!". Piszę list do męża. Nie musi być długi. Wystarczy: "Kocham innego, odchodzę, wybacz". Banalny list. Jednym podpisem przekreślam pięć lat wspólnego życia. Zaklejam kopertę i chowam ją do kieszeni. To nie jest pochopna decyzja, noszę się z nią już pół roku. Musiałam przyjechać tutaj, by wszystko sobie poukładać i wybrać między lojalnością a szczęściem. Lecz to szczęście jest bardzo wymagające. Żąda, bym skrzywdziła kilka osób: Mirka, ciocię Ninę, żonę i dzieci Leszka. Chociaż nie. Żona i dzieci to już problem Leszka. Sam mnie o tym zapewniał.

- Klaudio - tłumaczył mi jeszcze wczoraj. - Los sobie z nas zadrwił. Oboje tkwimy w nieudanych związkach, zamiast razem budować szczęście. Jeżeli się poddamy, wszystko przepadnie!

Ta rozmowa uświadomiła mi, że robię to, co powinnam. Już postanowiłam: wyjadę z Leszkiem. To nie moja wina, że poznałam go pół roku temu, a nie przed pięciu laty. Muszę walczyć o swoje szczęście. Mam przecież do tego prawo. Może byłoby inaczej, gdybym kochała męża? Może? Żadne może! Ja nie kocham Mirka. To on mnie kochał. Myślałam, że z czasem jego uczucie poruszy coś we mnie. Że będę czuła coś jeszcze niż tylko egoistyczne zadowolenie, że jest mi dobrze, wygodnie, bezpiecznie. Nie czekałam na nic więcej, nie spodziewałam się niczego specjalnego, niczego nie szukałam. Żyliśmy spokojnie, bez wzlotów i porywów, aż pojawił się Leszek. Wystarczyło jedno głębokie spojrzenie jego ciemnoszarych oczu i nagle zapomniałam o całym świecie. Dotyk jego ręki, uśmiech, pochylenie głowy, sposób, w jaki do mnie mówił... Ta miłość wywróciła moje życie do góry nogami. Pojawił się nareszcie mężczyzna, o jakim zawsze marzyłam. Wróciłam myślami do rozważań o przyszłości. To nie będzie łatwe. Dzieci Leszka raczej mnie nie polubią. Dla nich będę "złodziejką, która ukradła im ojca". Historia lubi się powtarzać, co za ironia! Ale to nic. Liczymy się tylko my: on, ja i nasza miłość. Nie mogę cierpieć za cały świat. Jedynie o cioci Ninie boję się myśleć. Ona mi nie daruje, stracę moje ukochane miejsce na ziemi. To boli najbardziej! Powoli się uspokajam. Już zdecydowałam, więc nie ma odwrotu. Muszę wysłać list do męża. Chcę, żeby Mirek poznał prawdę, a nie mam odwagi wyznać mu jej w twarz ani nawet przez telefon.

- Ciociu, gdzie u was kupuje się znaczki? - pytam, wchodząc do kuchni.

- Poczta już zamknięta - odpowiada ciocia. - Jutro kupisz.

- Muszę dzisiaj - upieram się. Wiem, że jeżeli odłożę wysłanie listu do jutra, najdą mnie nowe wątpliwości.

- Spytaj w kiosku u pani Halinki - wujek podnosi głowę znad gazety.

- Niedawno sam tam kupowałem.

- A tyś po co do niej łaził, Edziu? - gderliwie pyta ciocia.

- Toć mówię, że po znaczki - śmieje się wujek.

- Nie bądź zazdrosna, ona już sporządniała.

- Aleś ty durny! - ciocia kręci głową w geście politowania.

- Nikt już nie chce na wycierucha patrzeć, to musiała sporządnieć. Nie miała wyjścia. Dwa małżeństwa rozbiła, miłośnica jedna. Ale tak to już jest. Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy. Postarzała się i siedzi sama jak palec. Wycieruch, i tyle. Mam rację, Klaudia?

- Ale przecież ja nie znam pani Halinki - wzruszam ramionami.

- Ale pytam, co ty o takich myślisz, co małżeństwa rozbijają? - mówi, przyglądając mi się dziwnie.

- Miłość bywa czasem bardzo zaborcza - rzucam, a ciocia patrzy na mnie uważnie, bardzo uważnie.

- Jaka tam miłość! - prycha pogardliwie. - Wy teraz nazywacie to seksem, a za naszych czasów mówiło się: chuć.

- Inaczej też się mówiło... - podchwytuje wujek.

- Chuć wystarczy - ucina ciocia i dodaje: - Żonaty chłop to zdechły chłop.

Wychodzę, zanim ciocia rozwinie ten drażliwy temat. Bez większego trudu docieram do kiosku i dosłownie się załamuję. W okienku błyszczą świdrujące oczka osadzone w naleśnikowatej twarzy. I to niby ma być pierwsza we wsi miłośnica! Niestety, u pani Halinki znaczków nie ma. Wracam zniechęcona. W kieszeni nadal ciąży mi list do męża. Nie mogę też wyzbyć się uczucia, że ciocia coś podejrzewa. Wieczór jest mroźny, śnieg skrzypi pod nogami. Mijam ganek i wchodzę do sadu. Próbuję myśleć o Leszku. On nigdy nie oprze się ze mną o pień tej starej wiśni... Możemy jechać wszędzie, byle nie tutaj. Zyskuję miłość, tracę dom. To boli.

- Kupiłaś znaczek? - ciocia wyrosła nagle obok mnie.

- Nie - odpowiadam krótko i próbuję ją wyminąć, jednak ona chwyta mnie mocno za ramię, zatrzymuje, patrzy prosto w oczy i pyta:

- A teraz powiedz, Klaudia, co tam cię gryzie?

- Nic, ciociu, po prostu mam kłopoty - mówię spokojnie. Co mam powiedzieć tej stareńkiej kobiecie, która dla mnie i dla mojej matki wyrzekła się rodzonego brata? Nie mogę powiedzieć prawdy, więc milczę.

- Czy mąż jest dla ciebie niedobry?

- Bardzo dobry - wyznałam szczerze.

- Mało zarabia, jest niezaradny?

- Żyjemy wygodnie, przecież wiesz.

- Popija, a może ma jakąś babę?

- Nie, ciociu.

- Nie chce mieć dzieci? - ciocia wyraźnie uwzięła się na mnie i nie zamierza rezygnować z pytań. Odpowiadam, że mężowi nie mam nic do zarzucenia. Robi mi się głupio.

- Zbił cię kiedyś?

- Mirek mnie? Co ty mówisz!

- W takim razie zrobił wielki błąd. Powinien ci zdrowo przylać. Łazisz, wzdychasz, aż przykro patrzeć. Jeżeli ci się wydaje, że drugiego takiego znajdziesz, to ci się tylko wydaje! - ciocia odwraca się na pięcie i idzie w stronę domu. Przypominam sobie zmęczoną twarz Mirka. Patrzył ze smutkiem, gdy wczoraj pakowałam torbę. Czy wie o Leszku? Raczej nie. Pytał, czy coś się stało. Obiecałam, że napiszę do niego... I co teraz? Namacałam w kieszeni list. Zdusiłam go raz, potem drugi. Gniotłam i gniotłam, aż zamienił się w małą kulkę. Mirek to mój spokój i solidna pewność. A Leszek? Na wspomnienie o nim nie mogę powstrzymać łez. Jak to mówi ciocia? "Żonaty chłop to zdechły chłop". I chyba muszę przyznać jej rację... Nie zauważam, że na dworze robi się coraz ciemniej. Jestem tak pogrążona w myślach, że nie zauważyłabym nawet przysłowiowego trzęsienia ziemi. Zaszywam się w pokoju na poddaszu i rozważam wszystko jeszcze raz. Układam w głowie inny list. Tym razem do Leszka. "Wybacz mi. Wiesz, co do ciebie czuję, ale widać nie jest nam sądzone przejść razem przez życie. Nie wolno nam ranić najbliższych. Niestety, spotkaliśmy się zbyt późno... Żegnaj...". Rano budzi mnie gwar na dole. Zerkam na zegar z kukułką, od zawsze wiszący w tym samym miejscu nad łóżkiem. Mój Boże! Żadne rano! Dochodzi już południe. Ostrożnie schodzę do połowy skrzypiących schodów i zerkam przez poręcz. Ciocia Nina usilnie namawia kogoś do jedzenia. Chyba nie wujka? Jego raczej trzeba powstrzymywać. Wracam szybciutko do pokoju, żeby narzucić na siebie szlafrok. Jeśli to ktoś obcy, powinnam wyglądać w miarę porządnie. A marzy mi się szklanka gorącego kakao z tłustym, świeżym mlekiem. Zaciągając poły szlafroka, zaglądam do kuchni.

- Mirek?! - wołam, zaskoczona. Ledwie wierzę własnym oczom. Czy można przywołać kogoś myślą? Pozwalam, aby mnie objął i pocałował.

- Dobrze, że jesteś! - mówię. I są to absolutnie szczere słowa.

- Nie miałem wyjścia - śmieje się. - Wczorajszy telefon cioci nie pozostawił mi żadnego wyboru. Wsiadłem więc w samochód i przyjechałem...

Spoglądam zaskoczona na ciocię Ninę. Ustawia właśnie talerze na stole i udaje, że nic nie słyszy.

- Kiedy dzwoniłaś do Mirka? - pytam.

- Przecież sama chciałaś, żeby przyjechał! - spokojnie odpowiada ku mojemu zaskoczeniu.

- A jak nie kupiłaś tego znaczka, to wieczorem do Mirka zadzwoniłam. Małżeństwo powinno być razem.

- Co mi chciałaś napisać? - mąż spogląda na mnie uważnie. W jego oczach wyraźnie widzę czujność i niepokój.

- Właśnie to, że małżeństwo powinno być razem i... żebyś przyjechał, bo bardzo za tobą tęsknię...

Uśmiecha się z ulgą. Ja też.

- Czego się napijesz? - pyta ciocia. Zupełnie jakby nic się nie stało. Jakby niczego nie dostrzegła. Moja mądra ciotka.

- Mogę się założyć, że Klaudia marzy właśnie o szklance gorącego kakao - odpowiada za mnie Mirek.

- A tobie na pewno cieknie ślinka na myśl o wiejskim chlebie z miodem - dopowiadam ze śmiechem.

- Tylko ci się wydaje, że tak dobrze mnie znasz - Mirek udaje obrażonego.

- Znam cię tak samo dobrze jak ty mnie - odpowiadam. I nagle czuję ogromny spokój. I szczęście.
Klaudia

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Najpiękniejsze romanse
Dowiedz się więcej na temat: romans | zdrada | małżeństwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje