Reklama

Reklama

Choremu dobrze

A ty co, nie kasujesz biletu? - spytałam Ircię, wsuwając bilet do tramwajowego kasownika. - Masz układy z kanarami?

- No coś ty, odbiło ci - roześmiała się koleżanka.

- Już od miesiąca mam kartę wolnych przejazdów na terenie miasta. Ty też byś mogła sobie wyrobić, przecież jesteś rencistką, to zawsze ci tam coś znajdą na komisji.

- No, ale jak? - zdziwiłam się. - Przecież to chyba trzeba spełniać jakieś kryteria, mieć coś ze stawami albo kręgosłupem... A ja mam rentę na coś zupełnie innego, no i, dzięki Bogu, jeszcze nogi noszą mnie po tym świecie... - uśmiechnęłam się, chociaż tak naprawdę to czasem bolały mnie kolana i prawe biodro, zwłaszcza gdy się miała zmienić pogoda.

Reklama

- No tak, z nogami też, ale i z głową, moja kochana, z głową - Irka popatrzyła na mnie znacząco. - Wiesz, że po rozwodzie chodziłam do psychologa na te sesje, a potem do psychiatry, gdy całymi nocami nie mogłam spać. No i okazało się, że dopatrzyli się u mnie jakichś zaburzeń emocji czy czegoś tam innego...

- I na to dostałaś tę kartę bezpłatnych przejazdów? - popatrzyłam na nią z powątpiewaniem.

- No, nie tylko na to, ale pozbierałam papierki od kilku lekarzy i komisja orzekła że jestem na tyle niesprawna, że należą mi się te darmowe przejazdy.

- Wiesz co, ja tam już wolę kasować bilety, niż chodzić po lekarzach i robić z siebie wariatkę... No bo to chyba trzeba być faktycznie wariatem - roześmiałam się, ubawiona własnym dowcipem.

Ale Irka popatrzyła na mnie z ukosa i chyba nawet obraziła się, bo odwróciła głowę do okna i udawała, że ją interesuje ruch na drodze.

Byłabym zapomniała o całej tej sprawie, gdyby nie inna moja koleżanka, którą przypadkiem spotkałam w autobusie. Obok niej było wolne miejsce, więc zamachała ręką w moją stronę. Skasowałam bilet i z ulgą usiadłam. Od dwóch dni pogoda była okropna, deszcz mżył od rana do wieczora i moje biodro wyjątkowo dawało mi w kość.

- Ciągle jeszcze kasujesz bilety? - spytała koleżanka. - Ja już od roku mam kartę wolnych przejazdów...

"Kurczę, wściekli się wszyscy czy jak?...", pomyślałam wtedy. "Kogo nie spotykam ze znajomych, każdy ma tę kartę. Epidemia jaka, czy inna cholera..." Zaczynało mnie to już trochę złościć.

- Chodzisz o lasce, masz kłopoty z nogami, to dostałaś tę kartę - powiedziałam zniecierpliwionym tonem. - Ja jeszcze nie jestem inwalidką - dodałam ostro.

- A tam, zaraz inwalidką - odparła koleżanka, o dziwo wcale nie obrażona. - Masz już przeszło pół wieku na karku, jesteś rencistką, swoje ważysz - popatrzyła na mnie krytycznie. - Wiesz, gdyby moje nogi musiały dźwigać tyle kilogramów, to już dawno by wysiadły... Więc nie wmawiaj mi, że jesteś zdrowa jak jaka szesnastka...

Nie podjęłam tematu. Nadepnęła mi boleśnie na odcisk, wspominając o mojej tuszy. Wkurzyła mnie tym tak, że mało się do niej odzywałam i nawet wysiadłam przystanek wcześniej, żeby się przejść, a co! I to mimo tego cholernego deszczu i rwącego biodra...

Ale wieczorem opowiedziałam o tej rozmowie mężowi.

- Wszyscy znajomi, jakich spotykam, chwalą się, że mają te karty i jeżdżą za darmo. I jeszcze mi mówią, że mnie też się należy, bo jestem za gruba - dokończyłam swoją tyradę ze złością.

- No bo tak prawdę powiedziawszy, to jesteś trochę no tego... - spojrzał na mnie spod oka. - No, rzeczywiście trochę dużo ważysz. Ja wiem, kochanego ciałka nigdy za wiele - dodał, żeby mi nie podpaść. - Ale gdybyś trochę zeszczuplała...

- Czy tobie też odbiło?! - no, teraz to wściekłam się nie na żarty. - Bój się Boga, chłopie, co ma moja waga do karty wolnych przejazdów - popukałam się w czoło.

- Waga nic, nie obrażaj się, chociaż nie wiadomo, sama mówisz, że czasem bolą cię kolana - zauważył i dodał z troską w głosie: - No i to biodro... Jakbyś tak wreszcie poszła do lekarza, dobrego specjalisty, zrobiła prześwietlenie i jakieś inne badania, to kto wie...

- Dobrze wiesz, że stawy mnie bolą na zmianę pogody - uparcie pokręciłam głową. - I tak ma co drugi człowiek, jak nie więcej. A mnie żadna karta nie jest do szczęścia potrzebna i nie rób ze mnie kaleki - prawie się obraziłam.

- Isia, przecież tu nie chodzi o kartę - nie lubiłam, jak mąż używał tego swojego łagodnego, cierpliwego tonu, jakby mówił do dziecka, więc najeżyłam się znowu. - Pal ją licho, stać nas jeszcze na bilety... Ale coraz częściej słyszę o tym twoim biodrze, nawet jak deszcz nie pada... Więc nie zwalaj całej winy na pogodę, tylko idź w końcu do lekarza.

No cóż, może ten mój kochany, uparty mąż miał rację. Wzięłam sobie jego słowa do serca i poszłam do przychodni, do lekarza internisty. I wyszłam z jego gabinetu z całą stertą skierowań. Do specjalistów, do prześwietlenia kręgosłupa, bioder i kolan, na badania krwi łącznie z tarczycą, EKG i licho wie, na co jeszcze. Trochę mnie to wszystko przerażało, wyobraziłam sobie kolejki przed gabinetami, te wędrówki od poradni do poradni. No, ale cóż, jak już zaczęłam, to trzeba było doprowadzić to wszystko do końca.

Wiedziałam, że do ortopedy muszę iść z kompletem wyników prześwietleń, więc zaczęłam od gabinetów rentgenowskich. Jedno badanie na tydzień...

Po przeszło dwóch miesiącach miałam już komplet klisz i ich opisów. Z ciekawości pobieżnie je przeglądnęłam. Wynikało z nich, że mam jakieś zwyrodnienia, ale któż ich nie ma... Ortopeda przeglądnął je jednak dokładniej niż ja. Potem wpiął moje klisze w podświetlone ekrany.

Potem popatrzył na mnie wzrokiem, który raczej nie wróżył niczego dobrego.

- Szkoda, że pani nie przyszła do mnie wcześniej - westchnął. - To już naprawdę ostatni moment...

- Ostatni na co? - spytałam spokojnie, jeszcze nie przeczuwając niczego złego.

- Na podjęcie leczenia i rehabilitacji pani stawów biodrowych i kolanowych - wskazał palcem na jedno z podświetlonych zdjęć. - Kręgosłup też nie jest w najlepszym stanie, to w dużej mierze wynika z pani nadwagi... Ale w dzieciństwie musiała pani chyba chorować na zapalenia stawów, te zwyrodnienia na to wskazują.

Teraz dopiero przypomniałam sobie, że rzeczywiście chorowałam, leżałam nawet w szpitalu, w szkole byłam zwolniona z lekcji gimnastyki, a bóle kolan nie dawały mi wtedy nawet spać po nocach.

- A właściwie to co mi jest? - spytałam, bo słowa lekarza trochę mnie jednak zaniepokoiły. - Czy to coś poważnego? Zawsze myślałam, że te bóle reumatyczne to z powodu zmiany pogody albo wilgoci...

- Nie - lekarz pokręcił głową. - Ma pani poważne zmiany zwyrodnieniowe na krawędzi panewki biodrowej, głowy i szyjki kości udowej. Stąd te bóle. No i torbiel podchrzęstną w głowie kości udowej...

- A tak mniej uczenie, panie doktorze? - spojrzałam na niego niepewnie. - Bo nie bardzo rozumiem... Czy powinnam zacząć się bać? Ta torbiel...

- Trzeba zabrać się za leczenie, a nie bać się - lekarz uśmiechnął się trochę rozbawiony. - Dobra, systematyczna rehabilitacja na pewno będzie skuteczna. No i trzeba brać leki... Gdyby pani zwlekała ze zrobieniem tych badań, to za rok pani biodro byłoby w takim stanie, że potrzebna byłaby endoproteza - spojrzał na moją dokumentację. - Pani jest rencistką?

- Niestety tak, chociaż rentę mam na inne schorzenie...

- To proszę przynieść z urzędu gminy wniosek o orzeczenie o niepełnosprawności, wypełnię go i z tym schorzeniem komisja bez problemu przyzna pani kartę wolnych przejazdów środkami komunikacji miejskiej i kartę parkingową.

Przez moment nie dowierzałam własnym uszom. Następny człowiek, tym razem lekarz specjalista, mówił mi o karcie wolnych przejazdów... Nieoczekiwanie dla samej siebie roześmiałam się cichutko. No tak, gdyby nie rozmowy o tej karcie, nie byłoby mnie tu przecież dzisiaj. To przecież przez nią w ogóle znalazłam się u tego lekarza, wcześniej w ogóle nie przyszłoby mi na myśl porobić te badania.

- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - skwitował mąż moją relację. - Tak się złościłaś, tak wzbraniałaś, a właściwie to powinnaś podziękować tym koleżankom. Dzięki nim nie zostaniesz kaleką, a w dodatku będziesz jeździć po mieście za darmo...

Z życia wzięte

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: lekarz | bilety | bilet | biodro | koleżanka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje